środa, 10 sierpnia 2016

ZAPISKI Z WAKACJI cz. 1 - Żuławy, namiot, rowery i cuda średniowiecza


Wakacje nasze są już przeszłością  i o przeszłość oczywiście zahaczyły. Bo mamy oboje z mężem taki feler, że się w czasach przeszłych lubujemy:)
W ostatnim wpisie TUTAJ pisałam o naszych planach wakacyjnych i o tym, że jeszcze zanim weszły w życie ja już obawiałam się czy w ogóle dojdą do skutku. Doszły, wyjechaliśmy, bawiliśmy się dobrze i solidnie wypoczęliśmy (choć pogoda na kolana nie powalała...) oraz - co najważniejsze - świat się bez nas nie zawalił, a tego najbardziej obawiał się mój małżonek prywatnie i wspólnik służbowo. Oczywiście zawdzięczamy to nie tylko przypadkowi i staremu przysłowiu, że "nie ma ludzi niezastąpionych", ale przede wszystkim własnej pracy i dopięciu wszystkiego na ostatnie guziki oraz temu, że zaraz po powrocie wpadliśmy ponownie w kołowrotek spraw zawodowych. Zażartowaliśmy sobie nawet (o bo to był żart?), że jakbyśmy wiedzieli co nas czeka po powrocie, tobyśmy w ogóle nie wyjechali:)

Ale pojechaliśmy. Pod namiot. Do dziury zabitej dechami. Kompletnie zabitej. Ko bywał na wakacjach w czasach PRL-u w domkach kempingowych z dykty, albo w chałupinkach wyglądających jak wagony cyrkowe albo dawne wozy z taborów cygańskich, ten wie o czym mówię:) Wozy, domki i inne składaki miały oczywiście lifting zrobiony, toilety i prysznice były bez zarzutów (ale o 22 zamykane i... do mycia pod kran w kibelku), była nawet świetlica i bufet (Żuber za 6 zeta i jednoręki bandyta...), ale nie korzystaliśmy, chcieliśmy spokoju. Mieliśmy swój namiot! Luksusowy, dwupokojowy z aneksem kuchennym i czytelnią! Szał po prostu:) Spanie na grubiutkim materacu pod małżeńskim śpiworem (takie cuda robią:)), własna kuchenka, kawka, leżaczki, książeczki, kocyki, nawet cukinię młodą z domu zabrałam, patelnię i smażyłam na kolację z cebulką i pomidorkiem:) 

Wakacje mieliśmy właściwie za darmo, bo w ośrodku zapomnianym przez wszystkich świętych (ale nie przez komary i końskie muchy!) płaciliśmy zawrotną cenę 15 zł za dobę za osobę plus 2,80 klimatycznego. Za namiot nam nie policzyli, za samochód również. Do sklepu prawie 3 km, na plaży (niestrzeżonej) cisza i pustki. Plaża taka sobie, bo las kończył się tuż przy plaży, więc paprochów z sosen cała masa. Im bliżej brzegu tym lepiej. 



Mąż zachwycał się dopóki nie musiał iść do sklepu po bułeczki, a po południu zgłodniał na plaży, a tu nikt gotowanej kukurydzy nie rozprowadza, ani zimnego piwka na kocyk nie przyniesie, do knajpki z rybką i lodami daleko, zaś w naszym lesie przy kolacji ze słoika natychmiast dają znać o sobie komary:) Albo zgiełk, ludziska i knajpka pod nosem, albo spokój, sosny i komary. Na szczęście założyliśmy że wakacje będą też aktywne i zabraliśmy ze sobą rowery, na których robiliśmy 40-50 km dziennie, choć nie codziennie. 

Były też spacery na piechotkę po plaży no i samochód jak deszcz długo nie odpuszczał;) Bo pogodę mieliśmy w kratkę, padało każdego dnia, słońce wychodziło na krótko albo wcale, właściwie tylko 3 dni mieliśmy takie, że plażowaliśmy w strojach kąpielowych i można było się opalać - w inne było po prostu bardzo wietrznie i zimno, co oczywiście nie przeszkadzało nam plażować w spodniach, kurtkach i z kocem na kolanach:) Jedyny plus takich temperatur to fakt, że przez chwilkę po wyjściu z morza (tak, tak, kąpaliśmy się uparcie, dzielnie  i bez względu na wskazania termometru:)) wydaje nam się, że jest cudownie ciepło i ze zdziwieniem patrzymy na tych opatulonych w koce po czubek nosa:) Ale tylko przez chwilkę...:)


Oprócz morskich fal, piachu, muszelek i patyków wyrzuconych na brzeg było oczywiście zwiedzanie. W zależności od pogody podróżowaliśmy rowerami albo samochodem, zaliczyliśmy trzy żelazne punkty które wpisaliśmy w kalendarz wakacyjny i wszystkie trzy odwiedziliśmy. To był Gdańsk, Sopot i Malbork. Odwiedziliśmy też Westerplatte i Tczew oraz uprawialiśmy swoisty "plażing", czyli zwiedzanie plaż nadmorskich - tyle na ile pozwoliła nam pogoda. Nie byłabym sobą, gdybym nie zachwycała się krajobrazem - i tym otwartym i tym miejskim...

ŻUŁAWY

Są płaskie jak stół. Stół pokryty bliznami przeszłości, rysami historii, z kolorowymi serwetami i zieloną zastawą. Może dlatego tak świetnie jeździło mi się tam na rowerze: w stałym rytmie nie można się zmęczyć, po kilku kilometrach nogi poruszają się już same w taktach sekundowych. Raz-dwa-raz-dwa... i jesteśmy w Sopocie. Bajka :)
Leżące nieopodal Kaszuby, kraina mocno pagórkowata to już wyższa szkoła jazdy i dużo cięższe warunki jak na wakacje prosto zza biurka. 

Rozległe łąki, rozlewisk rzek, tereny zalewowe pastelowo kolorowe, łany zbóż czy innych traw falujące niczym druga, słomiana w kolorze rzeka to siła spokoju. Mnóstwo ptaków, sporo zwierzyny, leniwe, spokojne życie i tylko znad morze czasami zawiewa Wielkim Światem. Stojąc na wałach wiślanych i patrząc w kierunku morza czułam się trochę jak Robinson Cruzoe w portowym Yorku kiedy jako młody sztubak wysłuchiwał opowieści żeglarzy o rozległych morzach i dalekich krainach. A w kantorku jego ojca tylko pieprz pachniał i wanilia... 







Historia tego regionu naznaczona jest przede wszystkim wielokulturowością, a dokładniej mieszanką słowiańsko-prusko-holenderską. To główna oś osadnictwa w tym rejonie po XIII wieku, wcześniej o te tereny z niewielkim entuzjazmem konkurowali Słowianie, Estowie i Prusacy. Dlaczego niewielkim? Otóż na tych terenach można było robić trzy rzeczy: łowić ryby, wydobywać i obrabiać bursztyn oraz uprawiać rolę, przy czym to ostatnie zajęcie bywało niepewne, bowiem liczne powodzie, a przynajmniej podtopienia  to był chleb powszedni tutejszych mieszkańców. Dopiero Holendrzy mając u siebie ten problem już przećwiczony zabrali się za osadnictwo i budowę domów z głową. Od nich podpatrzyli Słowianie i Prusacy no i się zaczęło. 

Jak grzyby po deszczu powstawały domki i domeczki, osady, wsie, miasteczka. Ich lokalizacja była jasno wytyczana przez granice zalewowe, ale i temu nie zawsze udało się zapobiec i powodzie co rusz zbierały swoje żniwo zwłaszcza jak człowiek zlekceważył przyrodę. Wielką rolę w osadnictwie żuławskim odegrali mennonici z Niderlandów, wyznawcy surowego w zasadach i życiu protestantyzmu. Skromność, pracowitość i pobożność to były trzy ziemskie cnoty jakimi można ich scharakteryzować. Nie nosili broni, nie walczyli, nie piastowali urzędów, pracowali w ciszy i skupieniu wyrywając tej ziemi jej skarby: uprawiali pola, stawiali wiatraki, osuszali bagna, budowali wały przeciwpowodziowe, kanały, przepiękne domy z podcieniami. 

Ziemia żuławska usiana jest starymi cmentarzami mennonitów, zaś pamięć o tych, którzy tak wiele dobrego zrobili dla tych ziem zdaje się powracać. Dzisiejsi mieszkańcy pamiętają i ożywiają historię o nich tworząc muzea mennonickie czy (póki co tylko w planach) europejski szlak mennonitów obejmujący wszystkie kraje w których mennonici osiedlili się uciekając przed prześladowaniami w swoim ojczystym kraju. 


Powalone drzewo "wisiało na włosku" trzeszcząc niebezpiecznie. Zadzwoniliśmy po straż pożarną, żeby usunęli zanim dokona większych zniszczeń. Nie mam niestety zdjęć z akcji, poczekaliśmy z kwadrans i musieliśmy jechać dalej. Wierzę na słowo chłopakom z Malborka że przyjechali i bezpiecznie usunęli wiatrołom:)
Pamięć o przodkach... to wzruszająca tabliczka.
GDAŃSK

Zauroczył mnie. Dosłownie. Byłam świeżo po przeczytaniu książki Joanny Chorodyńskiej  "Korona śniegu i krwi" w którym po mistrzowsku opisane są średniowieczne realia podzielonej Polski bez króla, za to z licznymi księstwami-państewkami, pięknie opisano stroje, rytuały, dni zwykłe i świąteczne oraz zmagania księcia Przemysła II z samym sobą i swoim przeznaczeniem. Cudowna podróż w przeszłość, zaś Gdańsk zachował wiele ze średniowiecznych klimatów, i zapewne dlatego tak mnie zauroczył.

Szerokie ulice główne i urocze te zagubione między nimi tworzyły niesamowity klimat. Zaskoczyło mnie tylko ubogie lokalne menu: w restauracjach był istny tygiel kulinarny od burgerów, przez pizzę po dania staropolskie (kluchy, schabowe czy golonki), zdarzała się oczywiście chińszczyzna, kebab czy nieśmiertelny hot dog z zapiekanką. Wszechobecne lody (naturalne, prawdziwe, ręcznie robione... ) kusiły baaardzo, a chwila przy kawie i porcji zimnych sorbetów dała ciekawe pole do obserwacji namaszczenia z jakim ludzie podchodzą˙ do tych słodkich wynalazków:) 


Kupiecka historia miasta widoczna na każdym kroku, stare kościoły, świeżość oddechu dzięki morskim powiewom, sporo zieleni i wspaniale utrzymane ścieżki rowerowe, które pozwoliły bezpiecznie i komfortowo poruszać się po Trójmieście i okolicach. Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie zwyczaj gdańskich kierowców, którzy bardzo ostrożnie poruszali się w pobliżu ścieżek rowerowych i za każdym razem przepuszczali rowery z uśmiechem i pozdrowieniem. Przed rowerami absolutne pierwszeństwo mieli piesi i to był widać w relacjach rowerzysta-pieszy bardzo wyraźnie:) W samym centrum, gdzie roiło się od turystów z głową w chmurach trzeba było uważać, bo piesi bez skrępowania zajmowali ścieżki rowerowe a nawet ulice, dalej od centrum kultura pieszo-rowerowo-samochodowa była na bardzo wysokim poziomie. Idzie ku lepszemu:)

Gdańsk jest miastem ZIELONYM. Zaskoczyła mnie ilość parków, drzew, skwerów czy zieleni przy witrynach sklepowych i restauracjach. Zwłaszcza w centrum widoczna była ta dbałość o doniczki, kwiatki, cyprysiki i inne ozdobniki ustawione na schodach sklepowych. 

Architektura Gdańska zwłaszcza w okolicach serca miasta czyli Długiego Targu (bo w Gdańsku nie ma starówki z ratuszem, tylko gigantyczna główna arteria miasta którą przecina główny kanał który tętni życiem chyba 24 godziny na dobę:) ) jest przeurocza. 



Kolorowe wąskie kamieniczki przeplatają się z tymi jeszcze starszymi, ceglanymi, kościołów mnóstwo, a jeden starszy od drugiego. Niemal każdy zaułek, każdy kamień w Gdańsku ma swoją bogata i ciekawą historię - oto jedna z nich, zaklęta w herbie z głowami trzech dzików:) Poczytajcie sobie TUTAJ, nie pożałujecie. Okazuje się że spektakularne kariery można zrobić nie tylko w USA:)


Dotykać murów, kamieni i stąpać po stopniach schodów które mają prawie 800 lat to niesamowite przeżycie. Trzeba mieć jednak tego świadomość i nie traktować takich zabytków jak kolejnego punktu do zaliczenia. Wówczas można się autentycznie przenieść w tamte czasy. Duchowo rzecz jasna:)








Gdańsk to też zabawa i fantastyczne możliwości spędzenia wolnego czasu. Liczne koncerty i koncerciki w dzień i popołudniami, wieczorami bardziej kameralnie można na przykład posłuchać koncertu  szantów na Czarnej Perle i pokiwac się w ich rytm z kuflem piwa w dłoni. Bogaty repertuar oferuje również Opera Bałtycka - to dla bardziej wyrafinowanych koneserów:)

My wybraliśmy wakacyjne szanty i lokal opuściliśmy grubo po północy. Nie załapaliśmy się już na prysznic w naszej Dziurze, więc umywszy zęby zrobiliśmy sobie "dzień dziecka":) Kolejny post pełen ciekawych zakamarków to już... Malbork i inne skarby wakacyjne:) Wyczekujcie części drugiej, będzie o średniowiecznych kibelkach, kuchni jak z marzeń i karach za niesubordynację które mogły dosięgnąć człowieka nawet po jego śmierci :) 





niedziela, 19 czerwca 2016

LATO w Pracowni i wakacje na horyzoncie

rabata różana

Lato już za dwa dni - astronomiczne 21 czerwca 34 minuty po północy, kalendarzowe 22 czerwca. 
A tak niedawno celebrowaliśmy pierwszy dzień wiosny!
Mignęło i śmignęło tak szybko, że aż strach się bać, bo... tak samo szybko może nastać jesień, a zaraz później zima:) 
Wiosna nas połechtała milutko ale i pokazała pazurki, zwłaszcza ta wiosna czerwcowa - były dni zimne, bardzo zimne (nawet szron Gwenaelle pokazała na szybce!!!), były kapuśniaczki, ulewy, burze zwykłe i niezwykłe, nawałnice rzekłabym, powietrzne trąby i inne zjawiska.

Ogród przystopowany nieco przez chłody oszalał z końcem maja i początkiem czerwca, ale wymagał solidnego nawodnienia, które z czasem przyszło samo:) Kabaczki, dynie i ogórki rosły na naszych oczach - dosłownie. Starczyło kilka dni deszczowych które wykorzystałam bardzo pracowicie przykuta do biurka, aby podczas słonecznej inspekcji nie poznać własnych grządek:) BUSZ. Po prostu... całkiem smaczny busz:)

piątek, 17 czerwca 2016

SUKCESJA i ściółkowanie, czyli walka o tron na żywo:)

Kwilcz, cmentarz

Natura horret vacuum...

Natura nie znosi próżni:) Prawda stara jak świat wyrażana przez Mateczkę Naturę na tysiąc sposobów, przez setki tysięcy albo i miliony lat. Wszyscy pamiętamy ze szkoły jak uczyliśmy się o sukcesji wtórnej czy pierwotnej - pierwotna to ta, gdzie kolonizacja odbywa się na obszarach dotychczas jałowych, wtórna tam, gdzie już wcześniej "coś" było, ale w wyniku różnych perturbacji i czynników zginęło, więc zrobiło się miejsce dla "nowego". Sukcesji ulegają więc zarówno nowe tereny które np. wynurzyły się z oceanów, albo powstały w wyniku wybuchu wulkanów...

wtorek, 17 maja 2016

Place zabaw, trzepaki i białe kuleczki


Wychowywałam się w starej kamienicy z 1903 roku - dwa dwupiętrowe domy ustawione prostopadle do siebie otaczały spore podwórko niczym dwa ramiona. Między ramionami był szeroki wjazd, trzecie ramię stanowił sznur murowanych garaży oraz betonowy płot zwieńczony kolczastym drutem (bo za płotem byli pancerni, z czołgami ale bez psa), czwarte ramię to ogrodzenie przedszkola. Na przedszkolnym placu zabaw były fajne sprzęty, teoretycznie popołudniami mogliśmy tam wchodzić (przez dziurę w płocie rzecz jasna), ale nie robiliśmy tego - mieliśmy swoje zabawki, swój plac zabaw: dwa trzepaki,  piaskownicę z tajemniczym wejściem jak do bunkra (trzeba było jednak wielką dziurę wykopać, żeby się tam dostać, znaleźliśmy tak kiedyś butelki i gazety z lat 50-tych), metalowe drabinki mocno wyślizgane, dwie huśtawki zwykłe i dwie wagi wiecznie zepsute oraz dwie ławki, wszystko pod konarami ogromnych drzew.  Była jeszcze wielka lipa na samym środku podwórka na która namiętnie się wspinaliśmy i cudnej urody głóg z różowym kwieciem. Pod płotami rosły najróżniejsze krzewy - od bukszpanów przez lilaki, ligustry po śnieguliczki z białymi, trującymi kulkami, a parterowe sąsiadki uprawiały mini ogródeczki pod oknami - paprocie, konwalie, irysy, tulipany, kolczaste róże i inne kwiatki w swoistym misz maszu - szału nie było. 

wtorek, 10 maja 2016

TERENOWY NIEZBĘDZNIK architekta krajobrazu

00 ZIELEŃ - ZGŁOŚ SIĘ!
czyli o tym co w plecaku architekta krajobrazu znaleźć się powinno, a co wcale nie jest takie oczywiste:)


Kiedyś na studiach, podczas zapowiedzi zajęć terenowych usłyszałam od wykładowcy, że ci z nas , którzy widzą się w biurze projektowym w eleganckich strojach, butach na wysoki połysk, szpilkach, tipsach czy dopasowanym kostiumie mogą od razu zmieniać kierunek studiów. Bo architekt krajobrazu 70% swojego czasu spędza w terenie, a pozostałe 30% przy biurku i to raczej w wygodnym stroju, bo siedzi przy nim dłuuugo:) 
Uśmiechaliśmy się wówczas pod nosem, bo pracownie które oglądaliśmy okazjonalnie nie wyglądały tylko na bazę wypadową w teren, a na normalne miejsce pracy całkiem eleganckich panienek i kawalerów:) Życie zweryfikowało nam te poglądy i to dość szybko.

poniedziałek, 2 maja 2016

EKOLOGICZNY użytek, zielone kliny, lasy... - czyli szukamy drogi na skróty :)


Majówka rozpoczęta, rowery odkurzone, noclegi zabukowane - wielki wypoczynek czas zacząć i zagrać w zielone :) Najlepiej rowerowo. Nie wiem jak u Was, ale u nas zawsze jak przychodzi jakieś wolne zasiadamy do stołu i przy kawie pada zwyczajowe pytanie: TO CO ROBIMY?  

Mając taką a nie inną pracę, dom niemały z ogródkiem i obowiązki które lubią sobie niespodzianie wpadać i psuć nam wszystkie plany, właściwie planujemy wszystko albo na ostatnią chwilę, albo stawiamy na zupełny spontan... Najczęściej jednak wycieczki nasze są rowerowe, jednodniowe i po najbliższej okolicy, przy czym "najbliższa okolica" znajduje się w promieniu przynajmniej 30 km od Pracowni - bo średnio 60 km,  z obiadkiem i odpoczynkiem jakimś, kawą na przykład z termosu, to nasze (moje) optimum, żeby się nie zajechać, zobaczyć, zwiedzić, wypocząć i mieć z wycieczki radość a nie obolałe siedzenie i awersję do dwóch kółek na pół roku:)

czwartek, 21 kwietnia 2016

PRZERWA - czyli jak okiełznać wiosenny nerw w poście zupełnie nie ogrodniczym...:)

herbata - Pracownia w Dolinie

Nie wiem jakim cudem to się dzieje, że ten pech tak moją skromną osobę prześladuje, ale post który pisałam poszedł w kosmos -  nie zapisał się na blogerze (a zapisywałam) i jak zamknęłam stronę (bo musiałam) to urwało mu się 4/5 treści i jestem kilka dni do tyłu. Może za długo je piszę, te posty??? 
Ze zgrozą zauważyłam, że od wyników konkursu minęły dwa tygodnie... i zwalam wszystko na fejsbuka. A co - ktoś musi być winien:) 
A tak na poważnie, to sami wiecie jak było, więc fejsbukowi darujemy. 

Pogoda nas nie rozpieszcza, łechce słoneczkiem i ciepłym wiaterkiem tylko po to, żeby za chwilę lunąć deszczem i pogrozić mroźnym paluchem... kwiecień plecień... tylko śniegu brak... żartowałam... ;)