Header Ads

PwD

PwD

KURKA WODNA! czyli kaczka, obiecanki i WYRÓŻNIENIE




Czasami tak rzeczywiście jest i NIC nie można poradzić...Trzeba przeczekać po prostu. Ale stara prawda jest taka, że jak już się wali, to na całej linii:))
Zaczęło się od zarwanej nocki w środę, kiedy to pisząc post w Wordzie od trzech dni, zakończyłam prace kreślarskie koło północy i miałam jeszcze TYLKO  przekleić posta na Bloggera...a Blogger pokazał mi jęzor i sukcesywnie rozwalał to, co ja napisałam. Ja mu na to AKTUALIZACJA, a on znów jęzor i po swojemu... Może umiem gotować, szlifować, znam się na kwiatkach i drzewach, przeliczam hektary na cm 2 i wiem ile ml płynu zmieści  łyżeczka do herbaty. Może umiem malować i kreślić, może nawet szyć potrafię, choć nie lubię. Może i znam się na kolorach i to na wszelkich ich barwach i odcieniach. Ale NIE ZNAM się na dwóch rzeczach: na SAMOCHODACH I KOMPUTERACH. Samochód odpalam i ...jadę, aż nie stanę (no wiem, kiedy paliwa zaczyna mi brakować i że na stację się wtedy jedzie), ale cała reszta to magia...a czarować potrafię jak diabli, jechałam kiedyś na zerwanym pasku klinowym - jak się zadymiło, to i tak byłam przekonana, że przewody elektryczne mi się palą...) Komputer zaś to bardziej oswojona magia, ale nadal MAGIA. Wkurzyłam się więc na Bloggera i przeprosiny Wam posłałam zamiast bawić się w ciuciubabkę z durną maszyną... Nazajutrz porządnie niewyspana dowiedziałam się ciekawych rzeczy o formatowaniu tekstu i niewidocznych znakach...proste? Bardzo. Ale nie o 2.30 nad ranem...Poza tym jestem z pokolenia DOS-a:), a egzamin z informatyki miałam ...ustny, bez komputera:))) Wiem już również, że najlepiej posty pisać "na żywca", co niniejszym czynię:))
Odespać nocki nie było mi dane, bo Dziecię w piątek jechało na wycieczkę do Stolicy - zbiórka 5.15. Kiedy o godzinie 3.40 w domu rozszalał się budzik, rozbłysły światła, rozpoczęło się szuranie, to myślałam, że trafi mnie COŚ na miejscu... Że też do szkoły tak chętnie nie wstanie!... Oddelegowałam Dziecię z powrotem do łóżka, ale już i tak było "po spaniu"... Wycieczka wracała w okolicach 24.00, więc i tu nie pospałam. A potem przyszedł weekend, po którym tak wiele sobie OBIECYWAŁAM...

Sobota:


Odsypianie, potem kawa i śniadanie, pranie, porządki, mecz na koniec sezonu, spotkanie klubowe i wręczenie nagród - poszłam sama, bo Połówka Szanowna zwinęła się do biura o 12:)) Czas sportowych zabaw -13 do 18..., potem maraton po sklepach (zimowe buty, dres na rehabilitację i na ćwiczenia, spożywka tak zwana, marcińskie rogale w słusznej ilości i CEBULE do wysadzenia...zeszło nam ze 3 godziny)... i po sobocie:)

Niedziela:



winowajczyni mojego złego humoru: 
KACZKA

Naobiecywałam sobie i innym za dużo przez tydzień i na weekend również. Zamiast objadać się rogalami i odpoczywać tak po prostu, a na obiad zrobić...pierogi z paczki, ja OBIECAŁAM chłopakom kaczkę. A że nigdy jeszcze nie robiłam, to wyszło jak wyszło. Kaczka pannica jedna nie dbała o siebie WCALE wobec czego musiałam ja WYDEPILOWAĆ. I o ile kurę już kiedyś skubałam, o tyle kaczki jeszcze nie...to był koszmar. Spędziłam z pęsetką nad kaczką chyba godzinę klnąc co niemiara, bo pourywane dudki za nic nie chciały od kaczki odstąpić...a miałam pierogi w lodówce...ale OBIECAŁAM. Kaczki musiałam pilnować rzecz jasna, bo nafaszerowana jabłkami i pomarańczami (świąteczny obiad), z pieczonymi ziemniakami skwierczała i miała skłonności do samospalenia. No więc przykułam się do kuchenki...Obiad wyglądał przecudnie, ale musicie uwierzyć na słowo, bo z nerwów nie pstryknęłam zdjęcia...I przeszłoby mi zapewne, bo na popołudnie wytargałam zakupione dnia poprzedniego cebule w ilości 190 sztuk (tu dodam, że ten, kto nie kupił jeszcze, a chce nabyć, to w LM markecie budowlanym są przecenione o 50%:)),  poszłam w ogród i...zaczęło padać. Najpierw pomalutku, ale już za chwilkę LUGAŁO na całego...W jakim byłam humorze mówić nie muszę. Zwaliłam wszystko na kaczkę-niebogę, że jakby wydepilowana była i nie miała takich zapędów na samospalenie, to dałabym radę ze wszystkim, a tak WYKOLEIŁAM się. Emocjonalnie i czasowo. Obiecałam dwóm osobom, że zrobię coś dla nich na poniedziałek - zrobiłam. Obiecałam Synowi mecz i imprezę i Połówce naobiecywałam - słowa dotrzymałam. Obietnice zrealizowałam  zatem prawie wszystkie - z małym wyjątkiem: dla mnie już nie starczyło czasu, sobie słowa nie dotrzymałam...

To się nagadałam:) Ale musiałam to wyrzucić z siebie, bo bym się rozpękła chyba!

*****

Jesień zrywa ostatnie liście z drzew. Kolorów już jakby mniej, sporo żółci jeszcze klonowej i brzozowej, trochę czerwieni dębowych, suche, brązowe liście buków i ... to właściwie wszystko. Przyjdzie dzień mroźny, wietrzny i opadną resztki liści ukazując przepiękne wzory z gałęzi, piękno drzew ukryte do tej pory pod zielonymi poduchami:)


W takie dni najmilej siada się przy kominku:) Ale ja lubię siadywać jeszcze w kuchni. Bo kuchnia to takie SERCE DOMU. Moja jest malutka. Gdybym miała urządzić ją raz jeszcze, to zrobiłabym to inaczej. Jest jednak jak jest, więc jedyne z czym mogę poszaleć to kolory i ozdoby. Urabiam Połówkę na przemalowanie kuchennych frontów na waniliowy kolor, bo mamy tę kuchenkę strasznie niedoświetloną. a taki prosty blef malowany załatwiłby połowę problemu. Ale natrafiłam na opór:))) który teraz trzeba złamać. Albo zmiękczyć:))) Albo ...przekupić?
Motyw drewna i czarnych, żelaznych dodatków przeplata się w całym mieszkaniu - od łazienki, przez pokoje aż po kuchnię. Masa rzeczy czeka cierpliwie na swój czas kiedy będziemy już po budowie. Póki co upiększam to co się da:)


Przyprawy wszelkiej maści zagościły w kuchni odkąd zutylizowałam wszystko, co ma w swoim składzie jakąkolwiek chemię (kostki rosołowe, przyprawy do grilla, ziemniaków, wegety itp). Na półeczce jest kolorowo i pachnąco:) A ja przy okazji powracam do smaków mojego dzieciństwa:)) i uczę się jakie ziółko do czego, od czego i z czym. Chłopacy moi doceniają to chyba, bo w domu smakuje im najlepiej, a w restauracji  jak to mówi mój Syn: chemią smakuje:)) Propaguje więc takie gotowanie gdzie i komu się da.

Kupuję też na lodówkę magnesy z sentencjami różnymi - w zależności od humoru. Nie wiem dlaczego, ale kiedy zamanifestuję tak swoje samopoczucie, choćby w postaci takiego drobiazgu i ostentacyjnie "walnę" go na lodówkę, to jakoś dobrze połowa emocji ze mnie ucieka:) Miłe emocje zaś powiększają się również o połowę:)))

****

Przeczytałam dziś posta Bustani o chwaleniu SIĘ:))) Mój komentarz  przeklejam poniżej w całości,
 niniejszym zapraszam do zabawy
CHWALĘ SIĘ, a potem...
chwalę się dalej:)

":))) Kiedyś, na wykładzie z psychologii chyba, nasz wykładowca poruszył temat samooceny człowieka. Zaczął tak: niech każdy powie o sobie 5 złych rzeczy (leniwy, bałaganiarz, spóźnialski, kłamczuch, rozrzutnik, wstydliwy, agresywny...to przykłady, które padały)i 5 dobrych...O ile te złe leciały jak z karabinu, nad dobrymi każdy zastanawiał się, patrzył na drugiego spode łba, po czym w ruch poszły oklepane teksty... Czy sami tak się oceniamy, czy słyszymy to o sobie? Dlaczego zatem słyszymy "samo zło", a o dobrych naszych stronach to już tak chętnie i głośno się nie mówi? Chwaleni jesteśmy jako dzieci, ale też nie za bardzo, żebyśmy się "nie rozpuścili". Karceni za to za najmniejsze przewinienie, żebyśmy "na ludzi wyrośli"...
Podoba mi się zabawa. Skopiuję ten komentarz u siebie i dołączę się wraz z filozoficznym wywodem:)"

Wywodu nie będzie, wydaje mi się, że w komentarzu zawarłam wszystko co istotne. Każdy kto ma dziecko, lub też swoich  nie ma, ale pamięta własne dzieciństwo wie doskonale co słyszał o sobie, co chciałby słyszeć, co powtarza swojemu Dziecku, a co ono chciałoby słyszeć. Nie można popadać w żadną skrajność, wobec tego zachęcam do refleksji, przyjrzeniu się i przysłuchaniu tego co mówimy do Dzieci, Rodziców, Dziadków, Partnerów czy Pracowników:))) i pamiętajmy, że w każdym z nas nadal siedzi dziecko, a marchewka działa sto razy bardziej niż kijek:)

To się chwalę:
  1. Jestem dobra. Tak po prostu. Czasami podobno aż za dobra i wielu to wykorzystuje.
  2. Jestem pracowita. Czasami aż za bardzo, bo padam na twarz, a robię.
  3. Jestem ambitna. Cholernie ambitna. Czasami za bardzo.
  4. Jestem momentami pedantyczna. Do bólu dbam o szczegóły, nie cierpię oddawać gniotów.
  5. Dbam o zdrowie najbliższych. Czasami Syn ma mi to za złe, Babcie i Ciocie wszelakie też. Ale będę uparcie trwać przy swoim, że cukierki farbowane, chipsy i cola to świństwo, a do śniadania dziecko pić powinno herbatę lub kakao. 
  6. Umiem: malować, szkicować, rysować, znam się na kwiatach, drzewach i krzewach, kocham Przyrodę i Ludzi.  
  7. Jestem tolerancyjna i daję sporo swobody. Ale sama również jej potrzebuję i wymagam.
Więcej nie będę się chwalić, bo mi nic do głowy nie przychodzi i zaczynam wymyślać:))


A teraz wisienka na torcie:))



Wyróżnienie dostałam od Shabby Shop , która jest niesamowicie zdolną i kreatywna Dziewczyną. 
Jest mi niezmiernie miło, tym bardziej, że nie minął jeszcze miesiąc odkąd puściłam w splątane łącza pierwszego posta, a tu już wyróżnienie:) Zabawa polega na tym, że dostaję 7 pytań na które Shabby Shop oczekuje odpowiedzi, następnie sama zadaję 7 pytań oraz nominuję 11 Blogów, które chcę nominować.
Na pytania odpowiem poniżej, ale z nominajcami muszę się CIUT wstrzymać, bowiem najnormalniej w świecie nie znam " z imienia" tylu Blogów:) Zaległości nadrobię jednak w miarę szybko:), OBIECUJĘ:)))

A oto odpowiedzi:

1. Pies czy kot?     I PIES I KOT (ORION I PAN KRACY) Pies za wierność, kot za niezależność.
2. Chcieć czy móc?   CHCIEĆ ZNACZY MÓC, NIE CHCE BYĆ INACZEJ
3. Zielony czy żółty?    ZIELONY
4. Róża czy mak?    RÓŻA. ...MAK...nie...RÓŻA...cholerka OBA:))
5. Transfer czy decoupage?    DECOUPAGE
6. Romans czy kryminał?   NOOOO ROMANSIDŁO:))))
7. Miasto czy wieś?   WIEŚ
8. Sok czy woda?    SOK 
9. Spódnica czy spodnie?   Zdecydowanie SPODNIE
10. Szatyn czy blondyn?   NIE KOLOR SIĘ LICZY, TYLKO ...ZNAK ZODIAKU. BLIŹNIĘTA:)
11. Narty czy łyżwy?   NARTY WŚRÓD LUDZI, ŁYŻWY W SAMOTNOŚCI. 

A teraz wychwalona, doceniona, ukochana idę na "kąpiel z pianką" i do spania:) 
Dobranoc.

7 komentarzy:

  1. Swoim, dzisiejszym postem sama pokazujesz, że NAPRAWDĘ zasłużyłaś na wyróżnienie!!!
    Uśmiałam się do łez, czytając tego posta:)))
    Wiem ,wiem nie byłoby mi do śmiechu, gdyby to wszystko mnie spotkało, ale...
    No micha mi się sama śmieje nawet teraz jak piszę ten komentarz:)))))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi już przeszło, teraz się uśmiecham - ale jeszcze nie śmieję:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Najpierw nabzdyczyłaś, później nachwaliłaś i to jest normalne, jak u każdej baby. Czasem człowiek musi. A tak serio to gratuluję wyróżnienia i nie ma znaczenia jak długo jesteś, ważne że ciekawie:))
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieję, że jeszcze tu zajrzysz, bo zapraszam do mnie po wyróżnienie:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Bustani, zajrzałam, a jakże:)
    Dziękuję serdecznie i ściskam:)mocno.

    OdpowiedzUsuń
  6. powiem szczerze,że nie lubie czytać zbyt długaśnych postów...a twój przeczytałam z przyjemnością...znajdując w nim cząstkę siebie:))))

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja też nie lubię długich postów Qrko, ale...tak jakoś wychodzi. Poza tym straszna gaduła ze mnie:)))
    Dziewczyny, ja jestem zagoniona, ale pamiętam i o wyróżnieniach i o nominacjach i o nowym poście...czasu mi potrzeba:)

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu.

Pracownia w Dolinie - HORTLEX sp. z o.o. - www.hortlex.pl . Obsługiwane przez usługę Blogger.