Header Ads

PwD

PwD

Jak Ondrasza po lasach hasa i nagroda za OGRÓD:)

 
 
Powiem tak:
...zobaczyć pędzące z naprzeciwka stado saren, które w podskokach zbliża się ekspresowo, po czym kilkanaście metrów przed Wami staje jak wryte (a wydawało mi się, że aparatu już wolniej podnosić się nie da...) po czym po dostrzeżeniu tego ruchu-bezruchu staje dęba i DAWAJ nazad - bezcenne...
...zobaczyć bociana brodzącego w rozlewisku polnym z tak bliska, że niemal pióra na ogonie można mu policzyć - bezcenne...
...zobaczyć ...żywą świnię (nie śmiać mi się!!!) pierwszy raz w życiu dobiegając czterdziestki - dla mnie bezcenne:):):)
 
 
Powyżej: ktoś potwornie się namęczył, a i tak spartaczył robotę.... 
O tym, czy pozwolenie na wycięcie tego dębu było nie chcę chyba rozmawiać. Od lat trąbi się na prawo i lewo o konieczności posiadania takowego - ale nie dociera.
 
A teraz quizz:) Jakie drzewa są na zdjęciu poniżej, podaj gatunek, odmiany i wymiary (!).
 
 
 Nie, nie było wpław naprzód... to nie był wyjazd Kamize:) Najgorzej było z tymi wymiarami, bo nie wiadomo, gdzie się "suchy grunt" zaczyna. Co do gatunków, to namawiam serdecznie do zabawy (po raz kolejny już) w zbiór gałązek z pąkami i fotki kory czy innych charakterystycznych części roślin, próbę oznaczenia i poczekanie "jeszcze chwilę" na liście - po nich będzie już łatwiej, zobaczycie o ile się pomyliliście  - jeśli w ogóle, czego Wam serdecznie życzę:)
 
Za cała resztę atrakcji w ramach inwentaryzacji zieleni zapłaciłam ... solidnym przeziębieniem, a jakże.
Kiedy wróciłam z wyjazdu, wzięłam gorącą kąpiel, Fervex i padłam jak nieżywa. Baaardzo się obawiałam, że moje siewy na parapetach, podczas mojego hasania nie przeżyją, bo Chłopaki zapomną o zieleni. Ale nie zapomnieli:) Byłam w niemałym szoku, kiedy zobaczyłam ILE nasion wykiełkowało... i to zaledwie przez trzy dni mojej nieobecności!


 
Na niektórych postawiłam już przysłowiowy krzyżyk, ale wykiełkowały:) Najdłużej czekałam na kwiaty: goździki, lobelię (ta siana w sporym kartonie wykiełkowała równo na jego połowie i kiedy już myślałam, że nasionka "spłynęły" - co raczej było niemożliwe, bo do podlewania użyłam zraszacza), to druga połowa również zaczęła kiełkować:). Łubin też mocno się ociągał. Warzywa, zwłaszcza ogórki, dynie, cukinie i fasola - jak na drożdżach:) Sałaty choć drobne jeszcze, również poszalały. Czekam też na brokuły, kalafior, brukselkę...Doprawdy, nie wiem, gdzie to wysadzę...Po wyjeździe miałam wolny dzień regeneracyjny, który - rzecz jasna spędziłam w ogrodzie. Umartwiałam się, że wiosna po długaśniej zimie ruszyła z kopyta, a mnie w domu nie było i nie zdążę ze wszystkimi pracami: ogród warzywny, rabaty, trawnik, strumień czy oczko...Chłopcy jednak pracowali równie solidnie jak ja:), doprowadzili do porządku trawnik i to tak intensywnie, że połamali mi grabie sztuk DWIE. Ostały się jedne - musiały wystarczyć. Przekopali też grządki, rozebrali strumień na części pierwsze w poszukiwaniu dziury:) której nie znaleźli, wysprzątali rabaty. Wcześniej ich nie ruszałam, gdyż w nocy zdarzały się niskie temperatury, a wśród opadłych liści, nieprzyciętych gałązek ziół i traw, w gąszczu roślin w stawiku - tętniło życie, które nie miałoby się gdzie przed tym mrozem schować:) Miałam więc w poważaniu "co powiedzą sąsiedzi", robaczki wszelkie też ludzie, życie im się należy:) O trawniku już pisałam, że jest szaro - bury, i w ogóle w fatalnym stanie (jak u wszystkich chyba...), więc zafundowano mu porządne czesanie i aerację...widłami amerykańskimi:) Mój trawnik nie jest zbyt duży, nie mam więc w domu żadnych maszyn - oprócz starej kosiarki. Aerację wykonać można widłami wkłuwając je krok po kroku, tak głęboko jak się da "wbić" je w murawę (mi udało się wbić widły na ok 3 cm i to nie z powodu braku sił, tylko tak zbitej darni... Uwaga jednak na nogi:) Można też zaopatrzyć się w specjalne sandałki - fakirki (odwrócone rzecz jasna) - to kwadratowe klapki z igłami na podeszwie - zakłada się je na buty, "drobi"  po trawniku jak gejsza i dziurawi trawnik. Co do wertykulacji, to jako takiej nie przeprowadzono, z filcem  poradzono sobie grabiami - całe worki suchej trawy, Chłopcy zebrali. Nacinać murawę trawnik można też nożem (według mojego Profesora to najlepszy sposób na sprawdzenie narzeczonego - jak przyjmie wyzwanie - brać w ciemno:)), czyli na kolanka i krok po kroczku nacinamy darń, a potem grabimy...ale to ekstremalny sposób:) Przy większych powierzchniach zdecydowanie doradzam zdobycze techniki:)
Po co to robimy? Trawa rosnąc tworzy bardzo gęsty system korzeniowy, który z czasem przerasta glebę tak mocno, że utrudniony zostaje dopływ wody, składników pokarmowych (również nawozów) i powietrza - korzenie bowiem również oddychają. Do tego dochodzą nam niesprzątnięte po koszeniu lub po prostu obumarłe  źdźbła trawy i mamy trawnik w coraz gorszej kondycji. Na powierzchni gleby, zamiast trawnika mamy ubita warstwę czegoś, co wygląda jak filc. Powietrze doprowadzamy więc do korzeni po prostu robiąc w trawniku płytkie (do 3 cm) lub głębokie (do 8), wąskie, okrągłe otwory (aeracja), natomiast filc likwidujemy nacinając pionowo darń trawnik (wertykulacja). Po wertykulacji filc łatwo można zebrać i podsiać trawą miejsca które tego wymagają.
Trawnik został oczyszczony, podsiany, podlany, nawieziony - czekamy na bujną zieleń:) Choć i tak najbardziej cenię w nim naturalność: mam więc oprócz kilku gatunków traw, koniczynę białą, krwawnik pospolity, bodziszka drobnego, gwiazdnicę pospolitą, przetacznika ożankowego, fiołka polnego, komonicę zwyczajną...i wiele innych. Nawet pospolitych mleczy nie ruszam podczas kwitnienia - zapobiegam tylko rozsiewaniu ich nasion. W momencie przekwitania, w ruch idzie kosiarka:) i po kłopocie. Widok trawnika usianego tymi poduchami kolorków jest tak przecudny, że nie chcę zmieniać tej łączki w zielony dywan:) Takim kolorowym plamkom czy oczkom pozwalam zakwitnąć nie tylko na trawniku, ale również na "dzikich" rabatkach, gdzie mocne, duże ozdobne rośliny i krzewy i tak nie pozwolą się zdominować tym maluchom. Na rabatach ozdobnych zaś również się panoszą wczesną wiosną, gdyż po zimie, złakniona zieleni "ocham" i "acham" nad każdym jej odcieniem:) A wygląda to tak:
 
 
Jeden dzień na regenerację to zbyt mało, ale nie narzekam. Zrobiłam tyle, że po raz kolejny się zmasakrowałam:) Zdołałam nawet kompletnie "na wariata" wystawić w warzywniku pseudo-szklarnię, a właściwie tunel: konstrukcja z resztek po budowie, przezroczysta folia malarska,  kamienie, aby "szklarenka" oparła się porywom wiatru i pierwsze sałaty i pomidory poszły do gruntu. To eksperyment, sadzonek pomidorów mam mnóstwo, mam nadzieję, że te wyrosną i dadzą spory plon.
Wysprzątałam też stawik: wodę spuściłam (nie wylewałam jednak całości, bo mimo iż nie była klarowna, sporo w niej życia i tego życia ot tak,  wylać nie wolno. Oczko przez rok dochodziło do siebie, wytwarzała się w nim tzw. równowaga biologiczna, czyli tyle co do oczka weszło (odchody ryb, martwe glony, rozkładające się resztki roślin) tyle musi wyjść. Jak? Jako pokarm dla roślin:) Dlatego jeżeli nie chcemy stosować w wodzie chemii, powinniśmy stosować zasadę 3xR - Rośliny, Rośliny i jeszcze raz Rośliny:) Nie zdążyłam z dwiema rabatami i skalniakiem. Nie przesadziłam sumaka, nie wysprzątałam przedogródka...Odpadłam fizycznie. No Goliatem nie jestem:) A trochę tego do zrobienia było:) Poza kadrem na zdjęciu poniżej stoją wszelkie możliwe do wykorzystania zbiorniki (czytaj: wiadra, wiaderka, miski , miseczki, konewki, koneweczki...z oczkową wodą. Nie zdobyłam się na nurkowanie:) tym bardziej, że woda na zdjęciu sięgałaby mi dobrze powyżej połowy ud, więc jakby było jej więcej, to wodery musiałabym mieć jak nic i modlitwę na ustach, żeby mi się w te gumowe portki wody nie nalało jak będę kucać lub nachylać się zbytnio:) Poustawiałam i zamocowałam solidnie donice z liliami - w zeszłym roku dostałam je jak woda w stawiku już była, więc te na niższych półkach ustawiłam wchodząc do wody, te na głębszych spuszczaliśmy na linach. Efekt był taki, że niezamocowane pozsuwały się z kilku półek i tak jak spadły - tak zostały. Teraz trzeba było je poprawić, bo wodę miałam tak czystą, że raziły mnie te krzywizny:) Opatulone kamieniami (maskowanie donic) na płytszej wodzie i ustawione prosto na głębszej lilie mam nadzieję będą pięknie kwitnąć i ozdobią mi stawik tak jak w zeszłym roku:
 
 

W stawiku życie toczyło się pełną parą. Kiedy upuściłam wody i weszłam do środka, ziemia dosłownie ruszała się, a wszystko co mogło, umykało...Niektóre stwory przypominały kosmitów i za żadne skarby nie wzięłabym ich do ręki. W grubych, gumowych rękawicach, żeby mnie żółtobrzeżek nie  potraktował (boli podobno jak użądlenie pszczoły) usuwałam kłącza manny mielec, która "uciekła" mi z pojemnika, mięty wodnej, która zawłaszczyła sobie zdecydowanie za dużo miejsca, przycinałam sit i tatarak, doprowadziłam do porządku kosaćce, szarpałam się z trzciną, która również ma tendencję do ucieczek.  Wystraszyła mnie żaba wyskoczywszy mi dosłownie spod rąk, która wypasła się przez lato nieziemsko.  Szkoda że jedna, miałabym kijanki:)



Woda nie jest klarowna, ale po naprawie strumienia, ułożeniu wypłukanego keramzytu i żwiru, po ruszeniu wegetacji, znów zrobi się czysta i przejrzysta:)

      *****
 
Po powrocie do pracy...znów wyjazdy, tym razem jednak na tyle blisko, że na noc wracałam do domu. Tyle że ledwo wykaraskałam się z choróbska - dopadło mnie kolejne! Byłam przekonana nawet, że to alergia, bo męczył mnie katar i potworne łzawienie oczu, a ja między leszczyny, między brzozy, w trawsko wysokie...  Alertec jednak nie pomógł, głowę mi rozsadzało, na oczy ledwo widziałam...do tego dołączyła jednak gorączka i gardło - w weekend znowu leżenie, prosiłam Połówkę w akcie rozpaczy, aby skrócił mnie o tę bolącą głowę:), ale nie wyraził zgody. Zamiast tego proponował gorące herbaty i mniej pracy:) Poległam więc i zamiast na uczelni, siedziałam w domu. Jak na szpilkach rzecz jasna. Ale musiałam, bo od poniedziałku znów jestem w drodze...tym razem ślę pozdrowienia z okolic Warszawy. Słać je będę aż do piątku, i stad wszelkie opóźnienia we wszystkim:) Mam nadzieję, że mi wybaczycie, ledwo zdążę się oprać od wyjazdu do wyjazdu, ledwo zapasy lodówkowe uzupełnić...Rodzinka znów zaopatrzona w weki i zamrożone obiady, ja na kanapkach i obiadokolacjach. Na brak ruchu jednak narzekać nie mogę, na brak wrażeń również: jechałam z ledwo trzymającą się rurą wydechową i "zaliczyłam" śniadanie w Mc Donaldzie (brrr), gdzie najlepsza była kawa:) reszta z braku laku musiała być dobra siła woli:)  Katar nie odpuszcza,
ale trzyma od środy, więc  jako leczony potrwa jeszcze ze dwa dni,  (jako nieleczony do środy:)), w gardle drapie. Spadła gorączka (tylko dlatego wypuszczono mnie z domu:)), wyleguję się w ciepłym łóżku wyjazdowym (znów na poddaszu), za mną pobudka o 5.00, długa droga, trzy kawy po drodze i wspomniane "śniadanie",  wizyty i rozmowy z urzędnikami, rekonesans, przygotowanie linii frontu...miał być powitalny wieczorny grill, spotkanie z Gospodarzem, który serdecznie zapraszał, ale nie miałam  sił. Zdecydowanie nie byłam towarzyska:) Grzecznie odmówiłam, poszłam w pielesze. Między rozpakowaniem walizek a rozpoczęciem pracy, zdążyłam sfotografować przepiękny, stary (bardzo stary, wielbiciele pięciu gwiazdek będą rozczarowani:)) Dom z Duszą. Dom w którym z każdej ściany woła do nas przeszłość, z każdego kąta słychać westchnienie przodków. Gospodarze gospodarzą z miłością przede wszystkim i z poszanowaniem przeszłości. Chwała im za to i wszystkiego naj:)

 
 A teraz kończę już, bo pobudka bardzo wcześnie, trzeba wykorzystać pogodę i wiosenna jasność poranków:) A za oknem rżą konie....To był dobry tydzień:) Mimo, że z daleka od domu, mimo że w tęsknocie. Na pewno owocny, bogaty w nowe doświadczenia, naukę, pracę, spotkania z ludźmi. A ludzie na Mazowszu serdeczni, uprzejmi, ciepli i otwarci. Rozmawia się z nimi, jakby się razem wagon chleba zjadło, czy wiadro wódki wypiło:) Nawet ja, która w pierwszym kontakcie jestem zwykle powściągliwa, uległam wschodniej serdeczności od samego początku:) Wielka szkoda jedynie, że nie mamy czasu na przyjemności, na wypoczynek, na relaks przy ognisku i na bliższe niż zawodowe spotkania z Nimi:)
 
No ale służba nie drużba:)
 
Relacja z wyjazdu (najlepiej jak umiem!) po powrocie.
 
Pozdrawiam Was mazowiecko !

*****
Od Qrki dostałam nagrodę
 


za co serdecznie dziękuję!
Megi rozdaje podobną dla każdego, kto chce, więc ja CHCĘ jak najbardziej i podepnę się pod obie Blogerki:)
Przygotowuję już  odpowiedź, żeby nie była jednym słowem:)

Odpowiedziałam też Ewie G (Ewo, przepraszam, że tak późno, zapomniałam w feworze walki...), resztę załatwię jak fizycznie znajdę się w domu:)
 
Miłego nadchodzącego dłuuugiego majowego!!!

7 komentarzy:

  1. No to sie napisałaś:))) Podziwiam Cię tak Ci lekko idzie...ach czemu nie ja...
    za ten dąb to bym nogi z d...powyrywała! Głupota ludzka nie zna granic.
    Staw wysprzątany, ale ja jednego żałuję; nie ma Cie na zdjęciach jak go porządkujesz:) A dużo bym dała, żeby to zobaczyć:)))
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, idzie Ci przecież:) Z dębem to faktycznie głupota, a co do fotek...miałam na sobie ciuchy z serii najgorsze z najgorszych, więc nie było co oglądać:):):)

      Usuń
  2. to miło, że chcesz:-)))
    kiedy skończysz to latanie po drzewach?
    Wielkopolska uderzyła mnie niezwykłą mokrością tej wiosny, wszędzie niebo odbija się w lustrach wody, Warta wylewna, rzepaki i inne zieleniny podlane ciągną do słońca! jak pięknie!
    a jednak się śmiałam:-))))) z tej świni, po prostu unbelievable!!!
    No dobra, od lewej: dąb szypułkowy, wys. 25 m, rzut korony 15 m, pierśnica 130 cm. W tle wierzby białe, wys. 15 m, rzut 10 m, pierśnica 60- 80 cm. Pozamiatane. A te trzy smukłe drzewa z prawej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero zaczynam:) No świniaki było słodkie, a ja naprawdę widziałam pierwszy raz w życiu...Co do drzew, to repertuar był stały: klon jesionolistny, wierzba biała/krucha, olsz trochę było, dębów i wszelkie owocowe. Jak trafiła się trzmielina czy szakłak to był szał:)

      Usuń
  3. i ty mnie tu nie drażnij żadnym długim weekendem, hę?

    OdpowiedzUsuń
  4. ja juz nie moge sie doczekać:)))...aaaa i ja spuściłam troche wody..i dałam torf w rajstopkch:))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Qrko Ty masz ogród zaczarowany, czego nie zrobisz, zrobi się samo:) I tak będzie pięknie!

      Usuń

Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu.

Pracownia w Dolinie - HORTLEX sp. z o.o. - www.hortlex.pl . Obsługiwane przez usługę Blogger.