Header Ads

PwD

PwD

Słońce, woda, błoto i ... deszcz, czyli siła czarowania:)

 
Nareszcie...
 
Słyszałam, że tej zimy słońce świeciło nam zaledwie przez ... 15 dni. Dwa tygodnie, licząc zapewne dobry tydzień słońca w lutym kiedy to po raz pierwszy zakiełkowała w nas nadzieja na koniec zimy. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem od słońca uzależniona.  Nie mogę bez niego  żyć i normalnie funkcjonować i niekoniecznie muszę się opalać, nawet wolę lekki cień, ale słońce działa na mnie jak prostownik na akumulator: ŁADUJE mi baterie:) Ot, cała filozofia...Jak widać na powyższym zdjęciu, nie tylko ja mam taki słoneczny feler:) Pajączki w ogrodzie pozajmowały najlepsze miejscówki: wygrzewają się na tych listkach jak na wklęsłej soczewce - każdy taki "układ" liści był zajęty! Niesamowite, jak bez znajomości praw fizyki, wiedziały gdzie się usadowić, żeby było najcieplej:)
Ja w takie słoneczne dni, wyposzczona potwornie już niecierpliwie wiercę się w biurze lub niedomagam siedząc w uczelnianej ławie i niczym podlotek "zagapiam się" maślanym wzrokiem na świergolące za oknem ptaki, na cienie rzucane przez promienie słoneczne na szarawy jeszcze trawnik, na wesołe łebki krokusów mrugające do mnie figlarnie żółtym oczkiem:) Kiedy tylko "zadzwoni dzwonek" kończący pracę lub dzień uczelniany, lub inny obowiązek który należy zakończyć, zwijam się ekspresowo, wsiadam w "cytrynę" i pędzę do domu kombinując po drodze jak zrobić obiad w kwadrans, żeby najszybciej jak można znaleźć się wraz z kubasem popołudniowej kawy w ogrodzie, w zieleni, w słonecznej plamie na środku trawnika...

 
 W ogrodzie owym natychmiast omiatam wzrokiem najpierw całość, potem spacerkiem z bliska: to trzeba przyciąć, to przesadzić, tu wysadzić łubin, tu ostróżki...róże przyciąć, zrobić oprysk na mszyce (to jedyna chemia jaką stosuję w ogrodzie, larwy biedronek nie dają niestety rady). Krytycznym okiem spoglądam też na zapasy drewna (znów trzeba uzupełnić, sezonować - raz kupiliśmy za późno, nie wyschło do końca, ciężko się paliło), na obłocone ciągi komunikacyjne (brak utwardzonych ścieżek), na stawik nadmiernie zarośnięty - wiem, że będę musiała zanurzyć w nim połowę siebie:):) co oddalam i w myślach i w czynie zwłaszcza, że na powierzchni jeszcze niedawno była spora tafla lodu. Stan ten zmienił się w ciągu niespełna tygodnia...


Planuję też nowe rabaty, czym przyprawiam Połówkę o zawrót głowy, bo zabieram mu zielony trawnik, który on uwielbia kosić (czyżby to aż tak fascynujące zajęcie????-pytanie do Panów) i zamieniam w ukwiecone i zakrzewione kolorowe plamy:) Obchód zamykam zmrużeniem oczu: TAAAK. Tu będzie taras, koniecznie zadaszony, żeby nas deszcz nie wyganiał jak będziemy sobie sączyć leniwie herbatkę popołudniową, żeby Połówka mogła popracować w "kulturalnych warunkach" siedząc w wiklinowym fotelu, przy samodzielnie wykonanym drewnianym stole (projekt gotowy w szufladzie, razem z kosztorysem), a na dachu tarasu chciałabym posadzić rojniki i rozchodniki i delikatne trawy, bordowe dąbrówki, kolorowe skalnice, czeka mnie więc pierwszy wykonany samodzielnie zielony dach:), nad balkonem sypialni również trzeba zamontować dach, ten już jednak z czerwoną dachówką, jak przy wejściu, jak w drewutni, wystawić mebelki kawowe, zasadzić kwiaty w skrzynkach....tyle zwykle zdążę pomyśleć, zanim kawa się skończy, albo wystygnie:) Potem zakasuję rękawy i zabieram się po kolei za to, co najpilniejsze. Dzień kończy się szybko, zdecydowanie ZA szybko. Wieczór mam już dla rodziny, dla syna, który - choć młodzieżą się już staje, jednak nadal lubi i pogadać, pograć, przytulić się:)
Z radością czekam na wolne, słoneczne  weekendy, na leniwe śniadania podawane w ogrodzie, na ogrodowe prace, które pozwolą mi "wyżyć się" i odstresować.
Dreptałam już w miejscu jak wiele z Was rozpoczynając wczesne siewy po koniec lutego. Nasiona wykiełkowały, siewki były mocne, już każda ma własne, samodzielne  mieszkanko w większej doniczce. Wystawiłam je z ogrzewanych parapetów w chłodniejsze, ale za to bardziej widne miejsce: stoją w nowej części domu przy balkonowym oknie. Nocą temperatura nie spada tam poniżej 7 stopni, w dzień dochodzi do 15 (dzięki słoneczku:)), sadzonki są więc bezpieczne.
 
 
W wolne, słoneczne dni będę je hartować na zewnątrz wystawiając cały stolik. Musze być jednak na miejscu, obawiam się...opadów śniegu, które wedle prognozy ma nam jeszcze o zgrozo zafundować pogoda. Parapety zwolniły się, a ja rozpoczęłam drugą turę siewów. W ruch poszło wszystko co jest w stanie "utrzymać" ziemię, łącznie z płytkimi kartonami postawionymi na solidnych tackach zakupionych w IKEA (są rewelacyjne, pojemne i solidne oraz stosunkowo tanie - w LM widziałam tacki pod multidoniczki wiotkie i niewiele tańsze od tych z IKEA).
 
 
Oglądałam również miniszklarenki, ale ich cena zwaliła mnie z nóg:) Kolejnego dnia robiąc jajecznicę ze szczypiorkiem już  zgnieść miałam opakowanie po jajach...no i OLŚNIENIE! Znacie to uczucie? Piłeczka skakała mi po głowie jak u Pomysłowego Dobromira, aż zapaliła się ta słynna żaróweczka:) Jak pomyślę ile takich miniszklarenek poszło do śmieci.... Pomysł do wzięcia, nadaje się jednak tylko do wysiewu nasion, które nie mają zbyt silnie rozbudowanego systemu korzeniowego (są dość płytkie), chyba że siewki wysadzimy do większych doniczek wcześnie, jak po liścieniach pojawi się pierwsza para liści. Oczywiście na spodzie robimy dziurki, aby nadmiar wody mógł odpłynąć.
 
 
Siałam w czym się da, korzystając z pomysłowości Bloggerek:) Część zieleniny mam posadzone w ładnych doniczkach (cebule na szczypior z pierwszego sadzenia wyeksploatowałam do cna - są puste, trzeba posadzić kolejne, bazylia, cząber rośnie niezwykle wolno, ale mam nadzieje na smaczne plony). Reszta, te na rozsady, rosną w byle czym:) z praktycznych również powodów: donice zajmuję sporo miejsca, multipaletki czy kartoniki, a już na pewno jajowe palety - stosunkowo niewiele.
Tam, gdzie nie mogłam inaczej przykryć wysianych nasion, zastosowałam "namiociki" z wetkniętej połowy patyczka do grilla (żeby ochronić ziemię w donicy i wschodzące młode roślinki) i zwykłego woreczka śniadaniowego.
 
 
 
 Siałam w zeszły weekend, w środę (!) cieszyłam się już pierwszymi roślinkami. JUPPPI! Już niedługo pierwsze, WŁASNE listki sałatowe wylądują na kanapkach:)


Kiełki pożarte już dawno, nawet mój Syn zajadał się nimi, co wśród dzieciaków, zwłaszcza dorastających jest ewenementem:) Zagwozdkę mam jednak niemałą, otóż szykują mi się wyjazdy terenowe ... kilkudniowe, z noclegami poza domem:) Moja młodzież dowiedziawszy się o tym zapytała dziś przy obiedzie, z niekłamaną paniką w głosie: "Mamo, a CO MY BĘDZIEMY JEŚĆ jak Ty wyjedziesz???!!!!" Położyło mnie to urocze umartwianie na łopatki: cóż, przed wyjazdem będę musiała zawekować moim chłopakom pomidorową  dla młodszego, żurek dla starszego, albo sosu bolońskiego słuszne ilości dla obu:) Chociaż starszy (Połówka znaczy się:)) zapewniał, że póki w domu są kanapki z żółtym serem, on z głodu nie umrze:) No ok, jednak nie samym serem człowiek żyje:), obiadki muszą być. Szykuję więc garnki i wiktuały na te obiadkowe zapasy. Pójdą w słoiki, będą gotowce. A ja buszować będę po bezdrożach...obawiam się nieco o moją kondycję: po zimie nie tylko kilka kilo przybyło, ale i "dech" nieco szwankuje. Jestem też po zapaleniu oskrzeli, a pogoda taka w kratkę (dziś padało, buty miałam przemoczone, a po lasach trzeba było hasać:)). No i martwię się o moje siewki, chłopaki muszą wykazać się wielką troską, bo jak mi plony zmarnują, to się zdenerwuję:)

Za sobą mam też losowanie nagród za zaklęcia wiosenne. Nie spodziewałam się aż tak powalającej liczby chętnych: z trzech (!) dziewczyn które odczyniły uroki trzeba było losować...

Trzy karteczki z uczestniczkami zniknęły w wiosennym kubeczku, po zwolnieniu blokady rozpoczęło się losowanie, za Sierotkę robiła Połówka, w wielkim skrócie przebiegało to tak:



KRETOWATA gratuluję, proszę o adres do wysyłki na quadro.zielona.pracownia@op.pl :)

Pozostałe dziewczyny, czyli Hana i Magda otrzymają nagrody pocieszenia: mam zestawy nasion kwiatów i warzyw (mam nadzieję, że macie ogrody, lub choć balkony na skrzynki z kwiatami, proszę Was o odzew, ustalimy co lubicie) oraz niespodziankę:)  Was również proszę o kontakt:)
Cóż...ile czarów taka wiosna:) Mam jednak nadzieję, że nasze czarowanie w końcu wiosnę przywoła i wparuje ona do nas z impetem...lata:) W przyszłym tygodniu temperatury mają być już późno wiosenne, porządki ogrodowe trzeba będzie więc przeprowadzić w iście błyskawicznym tempie, w takim  samym przygotować grządki i rabaty kwiatowe. No i ratować podduszone trawniki.

W poszukiwaniu wiosny jak każdy chyba udałam się do ogrodu. Spod śniegu wyskoczyło wszystko co wyskoczyć mogło: liścia rabarbaru, kaczeńce (te zdumiały mnie najbardziej), młodziutkie rośliny...wierzbownica rozpanoszyła się nad oczkiem: jest ładna, ale zdecydowanie za duża, dorasta do 1,5 metra, więc w takiej ilości jest zbędna. Wysadzę do pojemników, jak się przyjmie - rozdam:)
 
 
 
Przejrzawszy archiwum, natknęłam się na zdjęcie (poniżej) zrobione 2 maja 2012 roku. Te powyżej są sprzed tygodnia, dzieli je więc mniej więcej 24 dni. I rok...mam nadzieję doczekać się wkrótce takich widoków:
 
 
Prawda, że pięknie?? Aż mnie skręca jak patrzyłam dziś za okno: szaro-bure łąki, nagie jeszcze gałęzie smagane deszczem wściekle zacinającym...gdyby to zeszłotygodniowe słońce się utrzymało, już mielibyśmy zielono...No cóż, może to i lepiej, ogrodnicy chcieliby NATYCHMIAST, Ci zaś co mieszkają nad rzekami, wolą zdecydowanie POWOLI:) I choć trudno w to uwierzyć, to nawet na nizinach jest jeszcze naprawdę sporo śniegu.
 
Post wysyłam już z wyjazdowego łóżka:), siedząc sobie na poddaszu i tęskniąc za domem:) Oczywiście Internet działa tylko od czasu do czasu, bo siedzimy w przysłowiowej "dziurze zabitej dechami":),  a ja lawiruję z laptopem niczym radar naziemny, starając się uchwycić jak najwięcej "kresek". Dzień się kończy, jutro pobudka o 7.00. Mam nadzieję, że pogoda nam dopisze - dziś lało cały dzionek.

 Wszystkim życzę udanego, zielonego weekendu!!!



13 komentarzy:

  1. No to się napisałaś! Dzieje się u Ciebie dzieje...
    Co do zaklinania to nie wzięłam udziału bo w rymach to ja dobra nie jestem! Żadnego wierszyka bym nie wymyśliła. A wiosna, cóż takiej jak w tym roku to nie pamiętam, ale ludzie mówią, ze natura dogoni i wszystko dobrze będzie:)))
    Sadzoneczki jak ta lala, ja wysiałam lawendę i pomału c hartuję przy oknie i słoneczkiem (jak jest) rozpieszczam.
    Buziaki:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba było córcię poprosić:)Natura dogoni, żeby się tylko nie wykoleiła. Boćki klekotają na potęgę, ptaszyny się miziają ile wlezie, wody wszędzie pełno...zaliczyłam dziś wiosenną ulewę i burzę. Pierwsze koty za płoty:)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Hurra!!!! Ale ja to mam szczęście!!!! Dzięki, dzięki, dzięki;))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Ondrasza, u mnie podobnie z tymi planami podczas spacerku ;))) W ogrodzie już ziemia obeschła, choć trochę dziś padał deszcz. Śniegu już nie ma. Udało mi się mimo chłodu zrobić z córą zasiewy w jej mini-ogródku i skonstruować wokół mini płotek-chruściak z brzozowych i tamaryszkowych witek. Skopałam też kawałek ziemi pod mini-tunel (3mb) i z mężem zainstalowaliśmi pałąki oraz folię. Będę tam od jutra hartować niektóre rośliny, bo wciąż dosiewam, a groszek i bób w domu przy otwartym oknie stoją :))) Czas na przeprowadzkę ;)
    Formy to ja po prostu nie mam. Złapię w trakcie roboty ;))) Tak już u mnie jest co roku. Zima powinna się skończyć w styczniu, żebym formy nie straciła ;)))
    Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę obfitych plonów! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja też byłam w szoku:) Dwa tygodnie temu lepiłam śnieżne zające, a śniegu buła cała masa, w ten poniedziałek zaś, w krótkim rękawku pracowałam w ogrodzie przy temperaturze letniej bardziej niż wiosennej:)
      Również życzę obfitości:)

      Usuń
  4. Zaskoczyłaś mnie z pomyslem na szklarnie. No że ja wczesniej na to nie wpadłam! Pomysł najlepszy na świecie. Dzięki i mocno ściskam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja sama się sobie dziwię...o multipaletkach z opakować po jajach (tych tekturowych) słyszałam, ale te plastiki to mnie samą zaskoczyły:)

      Usuń
  5. I ja też huraaaa!!! Zwłaszcza, że przyleciały dziś jaskółki, więc radość podwójna. Ogród mam, pewnie, i to wielgachny. Jeśli mam coś do gadania, to poproszę o jakieś śliczne, niewymagające kwiatki, bo ziemia u mnie słaba, raczej gliniasta. I jeszcze pytanie dodatkowe - mogę? Chciałbym posadzić jednoroczne pnącze, w wielkiej donicy, takie, które pięknie kwitnie, ma obfite liście i przede wszystkim jest odporne na temperaturę i słońce od rana, aż do ok. 14.00. Miałam minę i kobeę, ale musiałam je bez przerwy podlewać, bo więdły w skwarze. Dodatkowo ceglany mur, po którym się pięły rozgrzewa się jak piec. Masz jakiś pomysł? Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  6. Hana, jak najbardziej będą ładne i mało wymagające kwiatki:) Co do pnącza, to na takiej słonecznej wystawce normalne jest wysokie parowanie - stąd roślina potrzebuje duo wody, aby zachować odpowiedni turgor. To pnącze, ma długie pędy, musi doprowadzić do nich, do liści i do kwiatów wodę i składniki pokarmowe, często na 2-3 metry! Stąd taka "żarłoczność" na wodę. Jeżeli dotychczasowe pnącza podobały Ci się, to może zamiast je zmienić - wyściółkuj ziemie w donicy, a samą donicę ustaw na głębokiej podstawie z wodą (w donicy oczywiście otwory). Słońce lubi wilec i groszek ozdobny, fasola wielokwiatowa czy tunbergia. Jednak one wszystkie potrzebują sporo wody. Jeżeli masz pnącza "na ścianie", i masz możliwość uprawy nie w donicy a w ziemi, to ja posadziłabym tam winogrono - pięłoby się po kratownicy, a warunki na południowej ścianie (ściana oddaje ciepło również zimą, więc pędy rzadko przemarzają)miałoby idealne. Jednak nie nadaje się do donicy. Pięknie wyglądają na takiej ścianie również pnące róże, jednak i one mają spory system korzeniowy, zdecydowanie nie do donic...Sądzę więc, że zostaje Ci ściółkowanie i zapasy wody na podstawie:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję Ondrasza, to jest rodzaj patio, pnącze ślicznie wygląda, więc nie chcę z tego rezygnować. Nie ma jednak ziemi, jest tam podłoże ze starej cegły. Pozostaje donica. Jest duża, z otworami naturalnie, ale rozjaśniłaś mi trochę w głowie, bo ogrodnik ze mnie początkujący raczej. Zaraz sprawdzę sobie jak wygląda tunbergia. Jeśli nie znajdę, skłaniam się ku minie. Wieloletnie pnącza mam tu i tam, bo miejsca sporo - radzą sobie dobrze: glicynia, wiciokrzew, dwa rodzaje winobluszczu i jeszcze jakieś dzikie, które przywlokłam z przydrożnego rowu.
    Dziękuję i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Twój blog to miód na me serce :)
    Mi wysiewanie w pudełkach po jajkach nie powiodło się ....moze dlatego,że za płytko? nie wiem.
    Wysyłam Ci zaproszenie do mojego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Gosiu, to zależy jakie nasionka wysiewasz, muszą się płytko korzenić. No i głębokość siewu też się liczy - niektóre z nasion w ogóle nie lubią być przykrywane ziemią. Posiej na drugi raz w paletkach papierowych, a potem porozcinaj i razem z paletka zasadź: papier rozłoży się w glebie, a Ty zyskasz eko-doniczki. Pełen recykling. Podobnie sprawdzają się rolki po papierze toaletowym:)Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu.

Pracownia w Dolinie - HORTLEX sp. z o.o. - www.hortlex.pl . Obsługiwane przez usługę Blogger.