Header Ads

PwD

PwD

Powrót do przeszłości


Wiele się ostatnio wydarzyło, nie wszystko tak, jak miało się wydarzyć, ale jak mawiają Filozofowie: "Życie to nie bajka."
Próbuje radzić sobie bez aparatu, co łatwe nie jest, bo moja komórka co prawda zdjęcia robi, ale ich jakość, a dokładniej wygodę fotografowania... hmmm - pozostawia wiele do życzenia:) Z chwili ostatniej - Pentax umarł śmiercią zalewową, zasolił się i zardzewiał mimo afrykańskich upałów i reanimacji natychmiastowej...No to ciułamy na następny:)
Wracając do nieco bliższych zdarzeń, odbyłam przepiękną podróż do przeszłości w dosłownym niemal tego słowa znaczeniu, czyli poszwędałam się po Krakowie, w którym - jakże by inaczej - zakochałam się beznadziejnie:) Kraków powitał nas już po ciemku, więc tym bardziej było bajkowo, migocąco, gwarno, muzycznie, smacznie, spontanicznie...normalnie brak mi słów:):):) Zdjęcia robione komórką oczywiście nie oddają tej magii (mieliśmy chyba wielkie szczęście ze trafiliśmy do Krakowa wieczorem, czarodziejska różdżka krakowska zadziałała mocą podwójną:))...



Festiwal Pierogów - poezja smaków, bajka zapachów, artyzm nadzienia...no nie wiem co mam jeszcze napisać... Jeśli myślałam, że jadłam kiedykolwiek w swoim życiu pierogi, to na tym festiwalu dotarło do mnie, że były to jedynie wyroby pierogopodobne. To chyba kwintesencja tego festiwalu:)

Połowa moja za nic w świecie nie mogła zawlec mnie na spanie, szlajaliśmy się i chłonęliśmy miasto (ja chłonęłam:)) do baaaaardzo późnych godzin nocnych.

Sukiennice nocą

Sukiennice w dzień targowy:)

Rankiem zrobiliśmy sobie wycieczkę po Kazimierzu, tam w niektórych miejscach czas się dosłownie zatrzymał, kamienie opowiadały swoją historię, kto wrażliwszy wie o czym mówię:) Aura tego miejsca, nie zawsze wesoła niestety, wywarła na mnie OGROMNE wrażenie. Nie zaliczaliśmy sztandarowych punktów Krakowa (no oprócz Piwnicy pod Baranami i Sukiennic), ale i tak było BOSKO:)



Przeszłość miesza się z teraźniejszością, często niezbyt udanymi połączeniami, łatanie ubytków w kamienicach też pozostawia wiele do życzenia. Widać wszechobecną komercję, ale to dopiero na drugi rzut oka, po ochłonięciu - w żadnej z napotkanych knajpek czy restauracji z żydowską kuchnią na Kazimierzu nie podawano koszernego jedzenia (pytałam, z ciekawości czy to co widzę jest "autentyczne" - nie, nie jest, potrawy nie są koszerne, żydowskie są tylko z nazwy - no może oprócz czystej wódki jak z rozbrajającą szczerością wyznawali mi kelnerzy). Dobrze przynajmniej, że nie kłamali :) 

Widok z Kawiarni na dachu Kazimierza - było zimno:) Okrągła budowla na środku serwuje podobno najlepsze w Krakowie zapiekanki, kolejka świadczyła albo o udanej reklamie tego miejsca (a reklamują je wszyscy), albo o faktycznym kulinarnym kunszcie zapiekankowym:) Wokół zapiekankowego raju stragany ze starociami, a wokół straganów ze starociami...prawdziwe oblicze Kazimierza...

Z krakowskiej graciarni przytaszczyliśmy uliczną latarnię, która będąc w opłakanym stanie, przeszła w Pracowni szybki lifting i dumnie dynda na honorowym miejscu - jeszcze tylko szybki wstawimy i będzie CACY! Wielka łapa na latarnię czekała pusta chyba ze dwa lata (dostaliśmy ją w prezencie, pochodzi chyba z rozbiórki jakieś kamienicy, była niekompletna, ale została pięknie naprawiona), nie mogliśmy zdecydować co będzie do niej pasowało. Szukaliśmy w marketach, a sklepach z oświetleniem, na widok żadnej jednak lampy nie zabiło mi mocniej serducho:) Aż do wizyty w Sklepie ze Starociami: Połowa chodziła i nerwowo szukała, tak nerwowo, że przeoczył to cudo wciśnięte między półkę, narty a Coś Tam Jeszcze... Ja zobaczyłam pomarańczowe szybki, potem resztę, serce szybciej zabiło, oczy się zaświeciły, zawołałam i usłyszałam tylko:" Hyyyyy (na wdechu) - Ty to masz oko! TAKIE CUDO!!!"...Szybki targ i lampa jest nasza:)




Kraków odwiedzę jeszcze nie raz, nie dwa, tymczasem powrót do domu sprowadził mnie na ziemię, a raczej na szpitalne łózko. Zostałam pięknie "naprawiona", tylko szwy ciągną za mocno i mam jeszcze kłopoty z normalnym funkcjonowaniem:) Człapię więc po domu, pracuję zdalnie (na szczęście można!) i dochodzę do siebie - cokolwiek to znaczy. Na szczęście na domowym jedzeniu, bo na szpitalnym długo bym nie pociągnęła:) Wyższą matematyką było podzielenie obkładu tak, aby starczyło na każdą skibeczkę - o masełku nie wspomnę:)


Ogród leży odłogiem, bo w zaleceniach medycznych miesiąc po szpitalu mogę dźwignąć najwyżej dwa kilo, więc mi nawet dorodnych kabaczków z ogrodu znosić nie wolno. Jak próbowałam udowodnić lekarzom, że jednak mogę mykać i podnosić, i kucać i w ogóle jestem już zdrowa, to opłaciłam to kłopotami:) Więc się już nie wyrywam, tylko tęsknym okiem spoglądam na moje widły i grabie, a wkurzonym okiem omiatam bałagan domowy (zakaz schylania i dźwigania...). Złego jednak diabli ponoć nie biorą, więc się nie boję, a i kontakt z pracą w moim wypadku jest zbawienny, bo mchem nie zarastam:)

Ściskam wszystkich lekko jesiennie:)



15 komentarzy:

  1. Jak dobrze, ze do mnie zajrzałaś dzisiaj, bo wczoraj zostawiłam sobie Twój post na deserek do kawki i skończyło się, że kawka wypita a deserek nie przeczytany:))) Więc dzisiaj jestem, bez kawki ale czytałam z prawdziwą przyjemnością!
    Wycieczka widzę udana, zakup cudny (też bym ją przygarnęła)ale zdrowie twoje mnie martwi! szanuj się, kto nam będzie tak pięknie wszystko opisywał???
    Zdrówka życzę!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanuję się więc dałam naprawić to i owo, jakbym się nie szanowała, siłą by mnie do szpitala nie wzięli-Ty widziałaś jak oni karmią pacjentów??? Albo depresja, albo Nobel z ułamków:)Dziękuję za miłe słowa!

      Usuń
  2. "Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie..." Dobrze, że naprawiasz. Depresja, albo Nobel? Ja mam takie powiedzenie, że najeść się można suchym chlebem, a napić wodą, byle czystą i nie narzekam. Zamiast dobrego jedzenia, wolałabym dobre leczenie, ale u nas często ani tego, ani tego i obym się myliła w Twoim przypadku i każdym innym też.
    Lampa cudna, fanką Krakowa, a w szczególności jego mieszkańców nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre leczenie na szczęście miałam, co do jedzenia, to jasne, że można, ale jak tu do zdrowia wracać na takich porcyjkach??? Co do Krakowa, to tak miłych i gościnnych ludzi jak w Krakowie spotkałam tylko na naszej wschodniej granicy (nie mylić w Warszawą-musiałam to napisać...)I to hurtem, więc nie ma mowy o przypadku!

      Usuń
  3. Hih, moj aparat też niedawno padł i ratuje się komórka i aparatem synka 5 letniego:) Miło cię widzieć kochana:) Zapraszam na candy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój syn swój aparat tez załatwił tego lata, pozostała mi komórka:)

      Usuń
  4. Ojtam, może i szpitalne jedzenie głowy nie urywa, ale jaką miałaś zastawę! Wiem, wiem, że Twoja osobista, gdzieżby takie luksusy w szpitalu!? Luksusem jest fakt, że dali Ci łóżko, a nie musiałaś stawić się ze swoim, co tam jedzenie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Księżniczka moja, szpitalne śniadanka, ofoliowane, podawane na załączonej na zdjęciu...styropianowej tacce:) Łoże moje na zakrętach by się nie zmieściło:P

      Usuń
  5. W naszym szpitalnictwie ani chybi wkrótce nadejdzie era dmuchanych materacyków!

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałam dzisiaj przypływ energii. Nareszcie nie jest gorąco i komary nie żrą, więc robię porządki w ogrodzie. Ondraszko Kochana, czy daglezje można ciąć? Bardzo poszły w tym roku (hura!). Mam wszystko posadzone zbyt blisko siebie - klasyczny błąd początkującego ogrodnika. Daglezja zagłusza mi inne roślinki, ale boję się ją przyciąć. W ogóle okropnie boję się cięcia - wydaje mi się, że popsuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko Ty szalałaś:)u mnie wokół, mimo niedzieli, w ogrodach jak w ulach!
      Daglezja bardzo dobrze znosi cięcia, ładnie się przy tym zagęszcza. Tnij jednak równomiernie, żeby nie straciła pokroju. Daglezje rosną bardzo szybko i osiągają znaczne rozmiary, w pewnym momencie po prostu nie dosięgniesz:) Nie wiem na czym polega zagłuszanie (zacieniają czy za bardzo się rozpychają), ale spróbuj je podkrzesać (ściąć dolne gałęzie tak wysoko, żeby inne rośliny dostały więcej przestrzeni), wtedy drzewo nie straci ładnego kształtu w wyższych partiach. ja też ściskam roślinki, wynika to z mojej ogrodowej zachłanności na zbyt małej powierzchni:) Pozdrawiam!

      Usuń
  7. I zacieniają i rozpychają. Tak zrobię - podkrzeszę (trudne słowo!) je i podkasam, nie wpadłam na to! Jakby oszalały w tym roku, już myślałam, że kicha i nic z nich nie będzie! Prawie pięć lat zmitrężyły! A chciałam je wyrzucić, Boszszsz...
    Dziękuję za radę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No co Ty-wyrzucić? Reanimować trzeba najgorsze badyle i wysadzać, choćby na polu! Pisz jakby co:) Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Zapiekanki na Kazimierzu :)))) Mniammmm! Kiedy studiowałam w Krakowie i wracałam na łikendy do domu to poznańscy znajomi zawsze prosili mnie, żebym im przywiozła Zapiekankę od Edziora ;) Kraków rzeczywiście ma wiele magi, ale też i dużo ZA dużo niezadbanych zabytków :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myśmy niestety nie spróbowali, bo chwilę wcześniej zjedliśmy na śniadanie PIEROGI:), ale będziemy częstymi gośćmi w tym pięknym mieście i na pewno skorzystamy! Pozdrowię od Ciebie Kraków:)

      Usuń

Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu.

Pracownia w Dolinie - HORTLEX sp. z o.o. - www.hortlex.pl . Obsługiwane przez usługę Blogger.