Header Ads

PwD

PwD

Place zabaw, trzepaki i białe kuleczki


Wychowywałam się w starej kamienicy z 1903 roku - dwa dwupiętrowe domy ustawione prostopadle do siebie otaczały spore podwórko niczym dwa ramiona. Między ramionami był szeroki wjazd, trzecie ramię stanowił sznur murowanych garaży oraz betonowy płot zwieńczony kolczastym drutem (bo za płotem byli pancerni, z czołgami ale bez psa), czwarte ramię to ogrodzenie przedszkola. Na przedszkolnym placu zabaw były fajne sprzęty, teoretycznie popołudniami mogliśmy tam wchodzić (przez dziurę w płocie rzecz jasna), ale nie robiliśmy tego - mieliśmy swoje zabawki, swój plac zabaw: dwa trzepaki,  piaskownicę z tajemniczym wejściem jak do bunkra (trzeba było jednak wielką dziurę wykopać, żeby się tam dostać, znaleźliśmy tak kiedyś butelki i gazety z lat 50-tych), metalowe drabinki mocno wyślizgane, dwie huśtawki zwykłe i dwie wagi wiecznie zepsute oraz dwie ławki, wszystko pod konarami ogromnych drzew.

Była jeszcze wielka lipa na samym środku podwórka na która namiętnie się wspinaliśmy i cudnej urody głóg z różowym kwieciem. Pod płotami rosły najróżniejsze krzewy - od bukszpanów przez lilaki, ligustry po śnieguliczki z białymi, trującymi kulkami, a parterowe sąsiadki uprawiały mini ogródeczki pod oknami - paprocie, konwalie, irysy, tulipany, kolczaste róże i inne kwiatki w swoistym misz maszu - szału nie było. 
Do piaskownicy sikały koty, między drzewami na sznurkach suszyło się pranie, pod huśtawkami czy drabinkami na zmianę piach albo resztki trawy. Jak nikt nie trzepał dywanów oba trzepaki znajdowały się pod naszą regularną okupacją i żadnemu z rodziców nie przyszło do głowy zabronić nam fikać koziołki czy robić zwisy na metalowej rurze:)  

Na trzepaku - wolnemedia-net
Kiedy ktoś przynosił ciasto albo kanapki - dawanie gryza było czymś naturalnym tak samo jak częstowanie się domowej roboty karmelkami i to - o zgrozo - brudnymi rączkami. O oranżadzie w proszku którą oślinionym paluchem z jednej torebki zżerało całe podwórko nie wspominam, bo nawet teraz mi jako dorosłej kobiecie, mamie i osobie świadomej trylionów bakterii jakie pochłonęłam podczas mojego dzieciństwa, ciarki po plecach przebiegają:) 
Rodzice raz ostrzegali, że kwiatków z ogródków się nie jada, owocków z krzewów też nie "bo się otrujesz i umrzesz w strasznych męczarniach"... Raz. I wystarczyło, nikt nie próbował:) Wspólnie chadzaliśmy "na morwy, na jabłka, na orzechy, na akacje, na mirabelki" i na ten nieszczęsny szczaw...;) 
Rodzice wołali nas przez okno tylko na posiłki albo do spania, żadna mama kwoka nad nikim nie wisiała, nie dmuchała, nie chuchała - pilnowaliśmy się sami - od 3 latków do nastolatków:) Widok mojej bodaj pięcioletniej sąsiadeczki spacerującej z wózkiem w którym kołysząc się spał jej nowonarodzony braciszek - bezcenne. I my wszyscy, starsi, 10-cio czy 15-to  letni "pilnujący" ich obu...

Nikomu z nas nic się nie stało, wszyscy wyrośli na porządnych, zdrowych, fajnych rodziców, prawie jak  bracia i siostry podwórkowe, którzy teraz... NIE POZWALAJĄ swoim dzieciom na takie niebezpieczne, nieodpowiedzialne i niehigieniczne zachowania... No właśnie - co się stało z naszą klasą??? Czy to nasi rodzice byli tacy wyrodni (ale żeby wszyscy???), czy to my przeginamy w drugą stronę karmieni potencjalnymi niebezpieczeństwami jakie czyhają na nasze dzieci na każdym rogu piaskownicy? Zapomniał wół jak cielęciem był? A może wszechobecny strach przed konsekwencjami "w razie czego" tak nas paraliżuje? Przy czym owo "w razie czego" to często zwykły siniak, drzazga w palcu, płacz, pacnięcie łopatką kolegi, nasypanie piachu na głowę, dziecięca kłótnia czy nawet (o zgrozo) bójka w stylu zapasów pulchnych czterolatków. 

Oglądałam dziś szkołę na terenie której mam zaprojektować zieleń, oglądałam boiska i bieżnie ze sztuczną, kolorową nawierzchnią, pięknymi trybunami i wysokim ogrodzeniem, wewnętrzne sale zabaw i do gimnastyki, oglądałam plac zabaw, wynuiniane korytarze, panie na portierni czujne niczym BOR-ówki... wszystko higieniczne, czyste, bezpieczne, ekologiczne, opłotowane, zmonitorowane, rozwijające z najwyższym stopniu i z największą starannością wszystkie możliwe i niemożliwe umiejętności naszych dzieci.  Piaskownica która musiała spełnić wymogi Sanepidu, która codziennie musi być zakrywana wielką płachtą (bo koty sikają), nawierzchnie pod drabinkami miękkie niczym ściany w szpitalu psychiatrycznym (żeby upadek ewentualny był całkowicie bezpieczny), sznurki, deski, daszki, płotki - kolorowe, gładkie, ekologiczną farbą malowane, zieleń oczywiście zgodnie ze sztuką i przepisami - bez kolców, cierni, trujących części roślin, opadających owoców, kruchych gałęzi... 


Trochę im pozazdrościłam na początku. Przypomniałam sobie moje podwórko, strzelające białe kulki śnieguliczki, słodkie jak nektar kwiaty robinii,  soczyste morwy i kwaśne jabłka, wielki ceglany gmach szkoły, skromnych i surowych nauczycieli, granatowe mundurki z białym kołnierzykiem i mankietami, ogromne mapy stojące rulonami na baczność w kącie sali, drewniane wskaźniki nie zawsze tylko do wskazywania:), wielka biblioteka z rzędem stolików z lampkami przy których uczniowie siedzieli i starannie pisali prace domowe na wielkich płachtach papieru kancelaryjnego, a wiadomości czerpali... z książek i encyklopedii, twarde krzesła w klasie, popisane ławki na których działa się cała nasza młodzieńcza historia miłości, złości, niechęci - wszystko z należytą starannością opisane i okraszone odpowiednim do nastroju rysunkiem, wielkie drewniane drzwi malowane olejnicą której nikt nie opalał tylko malował na kolejnej i kolejnej warstwie. Szerokie korytarze po których spacerowaliśmy parami jak w spacerniaku, a środkiem nauczyciel - żadnego biegania, krzyczenia, wyzywania, tylko spokojna rozmowa, ciche chichoty i kanapki pałaszowane ze smakiem, panią higienistkę i dentystkę do których regularnie chadzaliśmy na przeglądy, boiskowe gry w klasy, skoki w gumę, linkę... wszystko nieekologiczne, nieestetyczne (no może oprócz tych mundurków z białym kołnierzykiem...:)), twarde i surowe.


Jak więc wyrośliśmy? Jak przeżyliśmy? Jak skończyliśmy szkołę bez fejsbuka, komórek, pomocy multimedialnych, Wikipedii i klawiszy Ctr C i Ctrl V??? Jak staliśmy się tymi, którymi jesteśmy?

Był respekt, posłuch i szacunek, był monitoring sąsiedzki, mamy zamiast w serial brazylijski czy ekran smartfona wyglądały przez okno gotując obiad i dyskretnie pilnowały swoich dzieci, te starsze były uczone odpowiedzialności za te młodsze, empatii i opieki, szkoła była od nauki, a przyjemności następowały dopiero po wykonaniu obowiązków, sklepy w niedzielę były zamknięte (że jak???), a w tygodniu otwarte tylko do godziny 18 i to wszystkie - łącznie ze spożywczym (WHAT???), programy w telewizji były dwa, zaś  radio miało swój poziom kulturalny który na szczęście nadal trzyma (tylko radio...) 
Aby zdobyć informacje potrzebne do zadanej pracy trzeba było ruszyć cztery litery, iść do biblioteki, przeczytać całą treść, spisać najważniejsze fragmenty, później przerobić, przeredagować, wykaligrafować i oddać nauczycielowi. 
Dzieci umiały słuchać i wyciągać logiczne wnioski. Były karne i w miarę posłuszne. Właściwie wszystkie. Wiedziały, że ogień parzy, róża kłuje, białe czy czarne kulki mogą zakończyć nasz żywot, a robiąc koziołka na trzepaku trzeba  mocno zaciskać dłonie, żeby nie zaryć głową w piach. Starczyło powiedzieć im to raz i tego się trzymały. Wszelkie nieposłuszeństwo odczuwałyby na własnej skórze - ogień by sparzył, róża skaleczyła, spożycie kulek śnieguliczki czy ligustra w najlepszym wypadku skończyłoby się płukaniem żołądka, a upadek z trzepaka też nie należał do przyjemnych. 

Dziś te same dzieci (tak, tak - te same!) usuwają swoim pociechom wszelkie przeszkody nie pozwalając samodzielnie odkryć świata i uczyć się na błędach. Nie roztaczają nad nimi niewidzialnych skrzydeł dyskretnego monitoringu jakiego same doświadczyły - okrywają je szklanym kloszem chroniąc przed wszystkim z bakteriami i awitaminozą na czele i trzymają ten klosz nad nimi tak długo, aż dzieci stają się dorosłymi ludźmi i... no właśnie - jak wyrosną? Jak przeżyją? Jak mocno zderzą się ze światem? A może wcale się nie zderzą?... Może jakoś dadzą sobie radę? 

Post ten choć mocno lifestylowy wydał mi się konieczny do napisania. To był jeden z tych tematów z cyklu "muszę, bo inaczej się uduszę" :):):)

Oczywiście jako świadomy zieleniarz, projektant i architekt krajobrazu nie mogę posadzić na placu zabaw ani róż z kolcami, ani śnieguliczki ani żadnej rośliny która mogłaby się stać ewentualnym źródłem jakiegokolwiek niebezpieczeństwa:) Kiedyś starczyło słowo rodzica - dziś te sprawy regulują przepisy, zakazy i nakazy... Czy słusznie - pozostawiam bez odpowiedzi:) 

19 komentarzy:

  1. Generalnie się zgadzam. Piękne były kiedyś czasy, ale nie wszystko co "nowoczesne" jest takie złe, trzeba tylko mądrze korzystać. Nie wrzucałabym też wszystkich rodziców do jednego worka. Ja np. tak nie robię. Poza tym teraz dzieci do lat 7 wg. prawa nie mogą chodzić same po ulicach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mnie naszło to tej wizycie w szkole Cud Miód Malina i rozmowach o dzieciach, ich stosunku do nauki, nauczycieli, praw i obowiązków. Dawniej w tych surowych murach słowo "dupa, debil czy głupek" był szczytem chamstwa i bezczelności i generalnie był powodem aby do szkoły wezwać rodziców - dziś młody człowiek nie mogąc otworzyć sobie drzwi (bo kanapka, picie no i smartfon...) zaklął siarczyście "nosz k...wa!" dwóch nauczycieli patrzących na niego uniosło tylko brwi i odwróciło się plecami. Wiem - widziałam i słyszałam na własne uszy. Hm... nie odrzucam tego co nowoczesne, piękne, ładne, wygodne - tak jak pisałam, nawet im pozazdrościłam. Zawsze uważałam, że gdybym teraz chodziła do szkoły i miała taki dostęp do wiedzy byłabym już profesorem chyba:) Ale dziś trochę zwątpiłam - byłabym inną Magdaleną, być może na takiej samej fali fb jak dzisiejsze dzieciaki. Nie wiem - dobre wciąga, uzależnia i... rozleniwia:) Wiele spraw regulują przepisy - i dzieci z kluczem na szyi (ja miałam w wieku 6 lat) i rośliny jakie mogę posadzić przy placu zabaw i same place zabaw również. Takie czasy:)

      Usuń
  2. Generalnie się zgadzam. Piękne były kiedyś czasy, ale nie wszystko co "nowoczesne" jest takie złe, trzeba tylko mądrze korzystać. Nie wrzucałabym też wszystkich rodziców do jednego worka. Ja np. tak nie robię. Poza tym teraz dzieci do lat 7 wg. prawa nie mogą chodzić same po ulicach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z nostalgią wspomina się czasy dorastania. I właśnie dlatego bronię dzieci przed nieprzemyślanymi decyzjami. Skoki przez płot i po drzewach mogą się skończyć, tak jak w moim przypadku, dyskopatią lub męża, złamaniem ręki. Każde jedzenie ze wspólnej torebki, grypą żołądkową - wirusy zmutowały!!! Upadki z roweru, po 30-40 latach, problemami z kolanami. A ponieważ lepiej zapobiegać, niż leczyć, staliśmy się bardziej opiekuńczy niż nasi rodzice. Jeżeli chodzi o szkołę, to na pewno ode mnie wymagano mniej w siódmej klasie niż obecnie od mojego syna w pierwszej gimnazjum. I gdyby nie te zdobycze cywilizacji, to siedziałby nad encyklopedią co najmniej do północy. Życie przyśpieszyło, a my musimy je dogonić :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takim tokiem myślenia to żaden rodzic nie powinien puszczać dziecka na żadne zajęcia dodatkowe: SKS może zaowocować miłością do sportu, zawodowstwem i emeryturą wyeksploatowanego ciała najdalej w 40-te urodziny, zajęcia plastyczne mogą być zarzewiem talentu malarskiego i spędzenia reszty życia w oparach farb i rozpuszczalników:); miłość do biologii - stomatolog ze skrzywieniem kręgosłupa albo leśniczy czy weterynarz który łapie wszystkie choroby odzwierzęce, może być pogryziony przez psa albo kopnięty przez konia; same konie to ryzyko upadku, złamań, skręceń albo i zgonu jak się z konia spadnie i zwierzę przygniecie; miłość do polskiego - talent pisarski i utrata wzroku, albo nie daj Boże aktorski - woda sodowa, ścianki, skandale towarzyskie, muzyka - gwiazdorstwo, narkotyki, głuchota; harcerstwo - spanie na ziemi, kleszcze, borelioza, chore nerki... nie dajmy się zwariować. Samo życie jest według definicji "śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową":) Chowamy dzieci dla świata, a nie dla siebie - one muszą same odnajdować się w tym świecie, same muszą znaleźć czy nawet wywalczyć w nim swoje miejsce, i z bagażem naszych rad rozwinąć własne żagle i wypłynąć na szerokie wody... A co do szkoły, to mam wrażenie odwrotne - może i Wiki jest tutaj przydatna, ale większość uczniów ukochała owe dwa skróty, a 3/4 prac są jak kserówki - w pierwszej lepszej informacji jaka wujek Google wypozycjonował:)
      Życie przyspieszyło, to prawda - mój syn próbował do mnie pisać sms-y ze swojego pokoju zamiast przyjść i się zapytać osobiście:)

      Usuń
    2. Chodziło mi o mądre wybieranie i przestrzeganie dzieci przed ewentualnymi skutkami, co akurat w przypadku moich rodziców było pomijane. A jeżeli już dziecko się uprze i chce trenować niebezpieczny sport, wykupienie mu polisy. I kto powiedział, że bogactwo internetu kończy się na wikipedii. Uczmy dzieci rozsądku :) Mamy takie możliwości :)

      Usuń
  4. Mam ciarki... przez taki zwyczajny post ( jak mówisz ) lifestylowy. Cóż ? Dokładnie tak wyglądało i moje życie. Dziękuję Ci Madziu, że napisałaś i się nie udusiłaś, bo jak nie Ty, to kto ? Dzięki:)) Wiesz, wydaje mi się, że my wcale nie mieliśmy trudniej. Mieliśmy po prostu normalnie, ale ta rozwijająca się cywilizacja nas powoli niszczy i to dlatego niektórzy ludzie chowają dzieci pod kloszem, zabraniając im wszystkiego i jednocześnie wciskając od najwcześniejszych lat tableta w jedną rękę i komórkę w drugą. Gdzie jest miejsce na pomysłowość, na własną inicjatywę, na poszukiwanie twórczych rozwiązań ?
    My przede wszystkim nie mieliśmy czasu na nudę, a na tym trzepaku pod blokiem przychodziły do głowy najciekawsze pomysły, a mama też nie o wszystkim musiała wiedzieć. To się nazywa szczęśliwe dzieciństwo ! Uważam inaczej niż moja przedmówczyni, bo wcale nie musimy niczego doganiać. Jesteśmy mądrymi, wykształconymi ludźmi i niczego nam nie brakuje. A najnowsze technologie warto po prostu poznać, jeśli chcemy z nich korzystać, a nie popadać w skrajności i zabraniać własnym dzieciom wszystkiego co najlepsze.
    Wystarczy zajrzeć do bibliotek, by zobaczyć ilu ludzi z nich korzysta, a ilu siedzi w domu przed monitorem. I co ? To ma być lepsze ? Nie wiem, ale na pewno nie zdrowsze.
    Przyszło nam żyć w ciekawych czasach, w czasach, gdy wiele rzeczy się zmienia. Możemy to obserwować i wyciągać wnioski. Pozdrawiam serdecznie :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja tyle napisałam ??? Ale ze mnie gaduła !?

      Usuń
    2. Ula, każde pokolenie miało inaczej - nasze babcie to pokolenie, którym wojna zabrała dzieciństwo, a jakoś pokończyli szkoły, po kilka klas w jednym roku, nauczyli się pisać, czytać, rachować - dzisiejsi 70-cio czy 80-cio latkowie to właśnie pokolenie wojenne. Nasi rodzice to pokolenie =/- lat 50-tych - też łatwo nie mieli, czasy komuny, kartek, deficytów, propagandy... a jednak dali radę, wyrośli, mieli swoje dzieciństwo, klasy, trzepak, gumę do skakania. My mieliśmy podobnie - takie były czasy, też wychowywały nas podwórka, rodzice wespół z ciociami do których latało się po cukier albo mąkę. Był jednak posłuch i wielki szacunek, pamiętam jak mając już skończone 18 lat (ale tuż przed maturą) siedząc ze znajomymi w kafejce mieliśmy na stoliku kawę, wino i popielniczkę z papierosami. Nagle do kafejki weszły wicedyrektorka i nasza nauczycielka biologii - chłopacy te papierosy w dłoniach gasili, a kieliszki z winem durnie schowaliśmy pod stolik, oczywiście nieudolnie, i nas zdybały obie panie... ależ nam było wstyd! Buraka spaliliśmy wszyscy i do końca spotkania zastanawialiśmy się jakie konsekwencje wyciągną za te wino i fajki. Dziś młodzi jeszcze gimnazjum nie skończyli, a już dymki sobie strzelają, wykłócając się z nauczycielami, że papierosy elektroniczne są dla nich dozwolone, bo "palą" olejki bez nikotyny, czego oczywiście nikt im nie udowodni.
      Co do książek, to teraz jest łatwiej zdobywać informacje, wiedzę i odpowiedzi na nurtujące młodych pytania. Jednak natłok informacji jest tak ogromny, że trzeba być naprawdę bystrym, żeby te ziarna od plew oddzielić. I niestety z podejściem do ludzi jest podobnie - na pierwszy rzut oka, powierzchownie oceniamy i wyciągamy wnioski - często krzywdzące. Obrazy i informacje o wszelkim złu tego świata tak się nam opatrzyły, że dopadła nas rzeczona znieczulica. A czasy są ciekawe, na naszych oczach dokonuje się ogromna zmiana - kiedyś milowe kroki to była kwestia pokolenia, dziś 5 czy 10 lat. Zaiste strach się bać:)

      Usuń
  5. A jest jeszcze papier kancelaryjny do kupienia? Strasznie mnie to zaintrygowało, bo dawno nie widziałam ;) Gdybym mieszkała teraz w bloku / kamienicy, to nie wyobrażam sobie wypuścić syna samego na plac zabaw. Kiedyś (tak jak piszesz) wszyscy się nawzajem pilnowali, teraz znieczulica. Ale w ogrodzie - proszę bardzo. Idzie sobie moje dziecię i się bawi, wie co parzy, kłuje, co może zjeść z krzaczka, a czego nie tykać. Jak chce to idzie do sąsiadów się pobawić, mają tam jakąś bazę na drzewie czy coś... I całe szczęście. Coraz bardziej obdrapany do domu przychodzi, brudny że hej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest i do kupienia i używany nawet w niektórych urzędach:) W blokach jest bezpiecznie, większość to osiedla monitorowane i kameralne place zabaw, mimo wszystko monitoring sąsiedzki nadal istnieje, a dzieci są mocno wyedukowane co jest dobre a co złe i kiedy należy krzyczeć ile fabryka dała. Ogród zaś może dać złudne poczucie bezpieczeństwa. A wypadki zdarzają się wszędzie - i na blokowisku i na monitorowanym osiedlu i na przydomowym podwórku. Ważne żeby rozmawiać i obserwować, czy dziecko się uczy życia. A dzieci dzielą się na czyste i... szczęśliwe:)

      Usuń
    2. Nie zgodzę się w sprawie blokowisk. I nie nazywam tak zamkniętych osiedli monitorowanych, tylko typowe blokowiska np. w Poznaniu. A wypadki to wiadomo ;) Powoli zaczynam się psychicznie uodparniać. Przedwczoraj była u nas rozwalona warga :D

      Usuń
  6. Moje dzieci już dorosłe, ale młodszy syn wychodził sam na podwórko, a starsze dzieci "miały na niego oko". Może byłam nierozsądna? Teraz bym dziecka nie puściła samego. Czasy się zmieniły czy ja? Pewnie jedno i drugie. Ale czytając Twój tekst z wielką przyjemnością przypominałam sobie swoje podwórkowe, szczęśliwe dzieciństwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dociera d nas masa wiadomości o złych rzeczach jakie się dzieją to tu, to tam. I dmuchamy na zimne. Ale to jedna strona medalu- druga to nuda dzisiejszych dzieci - jeżeli dorosły nie zapewni im zajęć albo odpowiednich bodźców, całego swojego czasu czy gadżetów które ten czas zastąpią - dzieci się nudzą. Potwornie...:) Myśmy się nie nudzili, a nawet jeżeli to rzadko, właściwie tylko jak padał deszcz i nie mogliśmy być na podwórkach, wtedy zostawały książki, kredki, włóczki czy w moim przypadku - wielkie pudło... różnorakich GUZIKÓW które układałam w wymyślne zwory na stole i liczyła się kreatywność. Dziś jak w domu padnie wifi i/albo prąd i nie ma telewizora, kompa, fejsbuka czy gier wszelakich komputerowych to jest KATASTROFA:) Cieszę się że ta podróż na trzepaki tak się spodobała:)

      Usuń
  7. Piękne czasy :) Uwielbiałem te białe kulki :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo poruszający post. Mogę go tak nazwać, bo mnie osobiście poruszył. Poza oczywistymi stwierdzeniami, że to były piękne czasy, komentujący i Ty sama zauważyłaś, że my, rodzice, czyli te dzieci, które nie miały teoretycznie prawa przeżyć, teraz wszystkiego zabraniamy. Mówimy, że ogień parzy, ale nie pozwalamy się dziecku sparzyć. Usuwamy wszelkie przeszkody i ewentualne zagrożenia. A sami przecież wiemy doskonale, że nam nic nie było. Skąd to więc wynika? I czy na pewno idziemy w dobrą stronę? Ja strasznie współczuję dzieciom, które nie mogą wspinać się na trzepak czy na drzewo, bo od razu mama zaczyna krzyczeć. Współczuję dzieciom, które non stop patrzą w tablet czy smartfona, bo "przynajmniej sobie krzywdy nie zrobi".

    Wiem, że to są inne czasy i że zupełnie inaczej patrzymy na swoje dzieci, ale też zauważam niebezpieczną tendencję do przesadzania albo w jedną, albo w drugą stronę. Post skłania do myślenia, naprawdę. I do zastanowienia się czasem nad swoim postępowaniem - jako rodzica. Czy przypadkiem nie wyrządzamy dzieciom większej krzywdy, zamykając je pod kloszem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krzywda wynikająca z zamykania dzieci pod kloszem, usuwania im wszystkich przeszkód spod nóg i nadmiernego dbania o czystość, higienę czy podawanie pełnego kompletu witamin i suplementów prosto z aptecznej półki niesie za sobą opłakane skutki. Wiele mam się o tym przekonało, jedne się przyznały, inne jeszcze walczą:) Trzeba umieć wypośrodkować w życiu wszystko, łącznie z opieką i wychowaniem własnych dzieci. To ciężka sztuka, wiem, ale opłacalna.

      Usuń
  9. Temat już omówiony, ale wtrącę swoje trzy grosiaki.To chyba dobrobyt wpędza nas w osamotnienie i sobkostwo,szczególnie styl życia w miastach,większość ma swój samochód,swój komputer,swoje to i tamto.Kiedyś jak ktoś miał "taksówkę" czy "motór"był wyjątkiem, cały blok się zlatywał oglądać.Dziś nikogo to nie rusza,możesz mieć nawet kaczkę na złotym łańcuchu.Zaczęło się to w latach 90ych.Też uległam mitowi lepszego świata, dzieci posyłałam do prywatnej szkoły,ciuchy markowe itp.Wszystko to pozór i marność nad marnościami.pzdr,Ala

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu.

Pracownia w Dolinie - HORTLEX sp. z o.o. - www.hortlex.pl . Obsługiwane przez usługę Blogger.